Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Zofia Milska-Wrzosińska - psycholog, psychoterapeutka, superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie
“Na pewno się nie uda”, “Wszystko idzie źle” - skąd się bierze takie negatywne nastawienie?
Z tego, jak pani zadaje to pytanie, wnioskuję, że mamy polamentować, jak to niedobrze?
A dobrze?
W każdym razie nie jest oczywiste, że zawsze lepiej odwrotnie - czyli że jak się widzi świat jako obiecujący i przewiduje dobre konsekwencje swoich działań, to się na tym dobrze wyjdzie, a jak jest inaczej, to nam zaszkodzi.
A ja wciąż słyszę: “Doceń to, co masz”, “Pokochaj siebie”, “Skup się na tym, co dobre”.
To pokłosie psychologii pozytywnej, której w mocno uproszczonej wersji pełno w poradnikach poppsychologicznych i rozmaitych przekazach medialnych. Tymczasem to, co zaproponował pod tą nazwą w latach 90. Martin Seligman, jest bardziej złożone. To była mała, ale pożyteczna rewolucja. Wcześniej przeważało widzenie człowieka jako istoty kruchej, słabej, nieradzącej sobie z trudnymi doświadczeniami, trochę jak pascalowska trzcina myśląca, no, może nie zawsze myśląca, ale trzcina na pewno. Czyli ponieważ od dzieciństwa nieuchronnie doznajemy rozczarowań i frustracji, a potem, żyjąc, tracimy życie, nasza psychika nie wytrzymuje dodatkowych trudnych doświadczeń i wymaga ciągłego wsparcia. Jednak wedle psychologii pozytywnej człowiek jest wyposażony w skuteczne mechanizmy radzenia sobie i nie słabnie psychicznie od byle czego. Ale jest to dalekie od naiwnego optymizmu tzw. pozytywnego myślenia.
Czy to znaczy, że nie muszę w każdym zdarzeniu szukać samych pozytywów, żeby poczuć się lepiej?
W Polsce badania w tym obszarze prowadzi m.in. prof. Ewa Trzebińska, która podkreśla adaptacyjne znaczenie uczuć złożonych, czyli zawierających element emocji pozytywnej i negatywnej jednocześnie. Nawet korzystne wydarzenia mogą (a często nawet powinny) wzbudzać w nas mieszane uczucia. Na przykład awans - z jednej strony ktoś czuje przyjemność z bycia docenionym, cieszy się z perspektyw szerszego działania, z drugiej mogą pojawić się wątpliwości, niepokój, lęk. To świadczy o tym, że człowiek ma świadomość znaczenia i skutków tej zmiany. Doznając uczuć ambiwalentnych, wie, że coś traci - choćby czas dla rodziny czy bliskie relacje ze swoim dotychczasowym zespołem.
Pesymiści to więksi realiści?
Ludzie nie są czarno-biali. Większość z nas znajduje się gdzieś pośrodku i reaguje złożonymi emocjami. Ale potoczne przekonania typu “optymiści żyją dłużej” zostały już co najmniej nadkruszone. W latach 90. zrobiono badania, które miały dowieść, że ludzie pozytywnie nastawieni do życia mają lepszą kondycję zdrowotną. I rzeczywiście często jedno towarzyszy drugiemu, tyle że nie wiadomo, co z czego wynika.
Czy byli zdrowsi, bo czuli się lepiej psychicznie, czy czuli się lepiej, bo byli zdrowsi?
Właśnie. Nie mówiąc o tym, że niektórzy ludzie są tak biologicznie wyposażeni, że mają po prostu wyższy poziom energii i w związku z tym raźniej patrzą na świat.
Z takiej wiary w potęgę myślenia pozytywnego wyniknęły jeszcze inne, dość bolesne skutki, np. obwinianie osób chorych o to, że są chore. Oraz dawanie im nadziei, że mogą się swoimi myślami pozytywnymi całkowicie uleczyć.
Mówi pani o chorych na raka?
Były takie “teorie”, że jak ktoś ma raka, to dlatego, że tłumił złość przez 20 lat albo źle o sobie myślał. Badania nigdy tego nie potwierdziły. Oczywiście, jak ktoś się dowiedział, że ma groźną chorobę, to mógł zareagować rozpaczą i przerażeniem, ale to nie oznacza, że przedtem był pełen negatywnych uczuć, a jeśli nawet, to że z tych uczuć mu guz wyrósł. To pomysły bezpodstawne i okrutne.
Pojawiło się też założenie, że psychika może człowieka uleczyć albo odwrotnie - utrudnić leczenie. Stąd się wzięła popularność tzw. wizualizacji w terapii raka czy bałamutne myślenie, że osoby cierpiące na depresję, a tak samo leczone, mają w przebiegu choroby nowotworowej mniejsze szanse na powrót do zdrowia.
A to, że generalnie optymiści żyją dłużej, to też nieprawda?
W Niemczech na przełomie tysiącleci zrobiono wieloletnie badania. Grupę 40 tys. osób w wieku od 18 do 96 lat badano na przestrzeni dziesięciu lat. Na początku zapytano, jak przewidują swoje samopoczucie za pięć lat, a potem zbadano, jak rzeczywiście się mają. Okazało się, że ci, którzy przeszacowali swój stan, mieli większe prawdopodobieństwo, że w ciągu dziesięciu lat zginą albo doznają trwałego uszczerbku na zdrowiu w wyniku wypadku czy choroby. Czyli pesymizm co do przyszłości prowadził w rezultacie do dłuższego, zdrowszego życia. Może więc szacowanie bardziej pesymistyczne daje ochronę?
W innych badaniach ci, którzy przewidywali za kilka lat niższą satysfakcję z życia, na ogół mieli ją wyższą.
Dlaczego?
Bo dostrzeganie pewnych aspektów negatywnych czy nawet nadmierna koncentracja na nich powodowały, że nieświadomie modyfikowali swoje życie tak, że się poprawiło. Za to ci, którzy spostrzegali rzeczywistość jako sprzyjającą, a siebie jako tych, którym nic nie zagraża, mogli nieświadomie żyć w taki sposób, który generuje ryzyko. Zgodnie z przekonaniem “to zdarza się tylko innym”.
Badania potwierdzają również, że osoby nastawione pesymistycznie rzadziej reagują głęboką, wyniszczającą depresją na dramatyczne sytuacje, na przykład na utratę bliskiej osoby. Są psychicznie lepiej przygotowane na wiszące nad nimi nieszczęścia.
Same korzyści z tego pesymizmu.
O tyle o ile, bo jednak nie wiadomo, co lepsze - przewidywać, że zaraz na nas coś spadnie, i w rezultacie jak spada, to nas tak nie przygniata, czy spędzać czas beztrosko, a załamać się, gdy dotknie nas cios. Z ciekawych badań Julie Norem wynika, że pesymizm to strategia radzenia sobie z lękiem. Jak się pesymiście próbuje dodać otuchy, jego sprawność się pogarsza. Jak optymiście - rośnie. Jeśli komuś, kto ma nastawienie, że raczej mu się uda, powiemy: “Słuchaj, na pewno wszystko będzie dobrze, dasz sobie radę”, to będzie dla niego krzepiące, ale jeżeli w ten sam sposób będziemy chcieli wesprzeć kogoś, kto raczej przewiduje porażkę, to wcale mu nie pomoże i, jak wynika ze wspomnianych badań, wykona on zadanie gorzej.
Dlaczego?
Ponieważ sugerując, że naszym zdaniem da radę, komunikujemy mu nie wprost nasze oczekiwania, czyli podwyższamy mu poziom lęku, bo teraz on się boi, że zawiedzie nie tylko siebie, ale i nas. A osoby, które widzą świat raczej w czarnych barwach, tym między innymi różnią się od innych, że mają wyższy poziom lęku i jest on dość trudny do modyfikacji.
Bliska mi osoba przed ważnymi egzaminami mówiła mi: “Kto, jak nie ty”. To mnie kompletnie paraliżowało.
Bo pani pewnie w tym momencie czuła się dodatkowo obciążona tą wiarą, którą ktoś w pani pokładał, a którą mogła pani zawieść.
Filozof i psychoanalityk Carlo Strenger w książce “Lęk przed brakiem znaczenia” pisze, że żyjemy w kulturze “Just do it!” - jak w filmiku reklamowym Nike’a z 2008 roku, którego zwieńczeniem był (jak na ironię, zważywszy dzisiejszy los bohatera) zwycięski bieg Oscara Pistoriusa na tytanowych protezach. Ten przekaz głosi, że wszystko jest możliwe, nawet niemożliwe jest możliwe i jeśli tylko naprawdę chcesz, to się uda. Zaczynamy żyć w świecie tych fantazji bardziej niż w świecie realnych możliwości, sukcesów i ograniczeń. Dlatego gdy pojawia się ograniczenie lub brak “oczywistego” sukcesu, często reagujemy depresją, bo to znaczy, że z nami jest coś nie tak.
Jak można dodać otuchy takiej osobie?
Ona nie chce otuchy. Chce być przyjęta i zrozumiana ze swoimi wątpliwościami, nie przekonywana na siłę. Jak nie wiemy, co robić, to nie polemizujmy, tylko po prostu pytajmy albo neutralnie komentujmy. Na przykład: “Dwie klasówki jednego dnia? Jak ja chodziłam do szkoły, to tak nie było wolno. I co, obu tak samo się boisz?” albo “Obawiasz się tej prezentacji, bo tam będzie dużo ludzi, których nie znasz?” czy “Mówisz, że za grubo w tej spódnicy wyglądasz? Mnie się nie wydaje, ale najważniejsze, jak ty się czujesz”. Mówienie: “Wszystko będzie dobrze, poradzisz sobie”, “Świetnie ci w tym” - raczej zaszkodzi, niż pomoże.
Podobnie z tzw. afirmacjami, sztandarową ideą pozytywnego myślenia. Osobie, która ma w miarę stabilną samoocenę, powtórzenie przed lustrem 50 razy: “Jestem inteligentna, jestem piękna” - nie zrobi krzywdy, chociaż sądzę, że inteligentny człowiek mógłby w tę swoją inteligencję jednak zwątpić, gdyby z jakichś nieodgadnionych powodów odprawił taki rytuał. A osoby, która źle się ze sobą czuje, takie deklamowane lub przychodzące z zewnątrz zapewnienia raczej nie przekonają.
Bo i tak w to nie uwierzy?
Bo będzie się czuła sparaliżowana tym, że nie jest w stanie tego wyobrażenia spełnić. Słyszy, że jest ładna i może się podobać, a w lustrze widzi nieciekawą kobietę z ziemistą cerą i myszowatymi włosami. Mówią, że jest bystra i zaradna, a przecież może przywołać sześć niedawnych, dotkliwie pamiętanych sytuacji, kiedy zachowała się jak kretynka. To jest tak jak z anorektyczką, która zawsze, gdy patrzy w lustro, widzi odstręczającą grubaskę.
Porozmawiajmy o tych z tego skrajnego bieguna, u których dominuje negatywna ocena.
Takie myślenie o sobie: nie mam wartości, nie uda mi się, wszyscy mnie odrzucą - na pewno nie sprzyja dobremu życiu. Ale ma funkcje obronne - wielokrotnie zawiedziona nadzieja powoduje wielkie cierpienie, więc lepiej ją zagłuszyć i nie wierzyć, że cokolwiek dobrego mnie czeka.
Czy to jest częściowo wrodzone?
Wrodzony może być “podkład” temperamentalny, poziom lęku, ogólna energia, witalność. Znaczenie mają wczesne doświadczenia. To szczególny paradoks - człowiek najbardziej się boi powtórzenia przykrych przeżyć i to im najbardziej stara się zapobiec, a jednocześnie tym zapobieganiem ściąga je na siebie. Działa samosprawdzająca się przepowiednia - nieświadomie prowokujemy to, czego najbardziej się boimy.
Na przykład?
Ktoś czuł się w dzieciństwie pomijany, niekochany. Dostał od rodziców komunikat, że w zasadzie miał się nie urodzić, przyjęto go trochę jak zło konieczne, w przeciwieństwie do starszej siostry i brata, którzy mają uwagę i troskę rodziców, mimo że sprawiają kłopoty. Takie dziecko zabiega o miłość rodziców, ale im bardziej się stara, tym bardziej jest niezauważane, bo przecież nie ma z nim problemów, jakich nastręczają starsze dzieci Widzi, że sprawianie kłopotów daje uwagę, ale z drugiej strony czuje, że rodzice nie mają siły na kolejne trudne dziecko, więc stara się wyróżnić grzecznością i potulnością. Taka osoba idzie z tym dziedzictwem w dorosłe życie i najbardziej chce uniknąć sytuacji, w których czułaby się niekochana i gorsza.
Więc co robi?
Z domu pamięta, że dostawała pozytywne sygnały tylko wtedy, kiedy była przymilna i nie sprawiała kłopotu, więc kiedy wchodzi w relacje z ludźmi, stara się być pomocna i sympatyczna. Zawsze pierwsza rezygnuje, kiedy na przykład nie starczy miejsca dla kogoś w samochodzie, ustąpi, powie: “Nic się nie stało”, weźmie na siebie zakupy na klasową wigilię w szkole dziecka i jeszcze makowiec upiecze. Bo jest w niej marzenie, że wreszcie ją ktoś doceni, wreszcie powie: “Jaka ona jest serdeczna, uczynna!”.
Ale tak się nie dzieje.
Przeciwnie - jest lekceważona i pomijana, bo zaprasza do tego. Nieświadomie prowokuje to, czego najbardziej się boi. Niechby kiedyś spróbowała tego makowca nie upiec, dopiero by ludzi zirytowała! I tak to się zaczyna kręcić. Ona myśli: miałam rację, jestem niewarta miłości, można się ze mną nie liczyć, ludzie to widzą i traktują mnie jak moi rodzice, którzy wiedzieli to od początku. Ale może jakbym się bardziej postarała Koło się zamyka.
Inny przykład: ktoś się nauczył, że jedyny sposób, by nie być karanym, to radzić sobie, stać się silnym, przydatnym i samowystarczalnym. To są te dzieci, które sprzątają całe mieszkanie w wieku lat dziewięciu, licząc na to, że mama, zamiast wrzeszczeć i szarpać, wreszcie je pochwali i przytuli, a mama i tak mało co widzi, bo jest zajęta na przykład piciem czy kochankiem. Ktoś taki potem może funkcjonować w życiu jako osoba bardzo zaradna, mocna. Idzie w świat z przekonaniem: muszę sobie radzić, bo inaczej oberwę.
A na co ma tak naprawdę nadzieję?
Że ktoś dostrzeże w niej tę część słabą i opuszczoną, zaopiekuje się nią, ale w rezultacie, oczywiście, doprowadza do czegoś przeciwnego. Bo jak ktoś świetnie sobie radzi, to po co mu pomagać? Później taki człowiek myśli: ludzie nie widzą, że mi ciężko, mnie to nikt nie pomaga - i rzeczywiście, bo te bardzo zaradne osoby potrafią być onieśmielające, trudno dostrzec ich słabość i potrzeby.
Można wytropić wiele takich samospełniających się przepowiedni, które na ogół polegają na tym, że próbując czegoś uniknąć, zachowujemy się tak, że to prowokujemy, i jedyna gorzka satysfakcja polega na tym, że możemy powiedzieć: “A nie mówiłam!”.
Jak to wpływa na funkcjonowanie takich osób?
To efekt kuli śnieżnej. Każde kolejne doświadczenie zwiększa ich nieświadome przekonanie: znowu mnie opuścili w trudnej sytuacji, mogę liczyć tylko na siebie, jak zwykle.
Czyli to negatywne myślenie o sobie rzutuje też na myślenie o innych i o świecie?
To jest pakiet. Ja jestem taka, że nikt mi nie pomoże, a świat jest taki, że nie pomaga. Innym może pomaga, ale nie mnie - chociaż się tak staram.
A nie jest też tak, że jeśli nawet takie osoby otrzymają uwagę czy pomoc, to i tak ją odrzucą?
Najpierw nie dostrzegą, że się pojawia. Potem na różne sposoby będą próbowały przekonać siebie i innych, że zachodzi tu jakaś pomyłka - one właściwie niczego nie potrzebują albo nie o nie tu chodzi.
Trzeba pamiętać, że te tzw. patogenne przekonania, np. “jestem obciążeniem dla innych”, są bardzo sztywne i trudne do zmiany, bo powstają wcześnie, kiedy możliwości poznawcze dziecka są ograniczone. Dlatego w trudnych sytuacjach dziecko generalizuje (tak było, więc tak musi być i będzie zawsze) albo myśli ksobnie - czyli przypisuje sobie jakąś winę, moc sprawczą, np. że rodzice się rozstają z jego winy, bo było zbyt uciążliwe. A dorosły zostaje z takim bagażem, tylko cięższym, bo wciąż coś tam dorzuca.
To przekonanie to jest tylko myślenie na swój temat?
Znacznie więcej. Myślenie to świadoma część całego bardzo emocjonalnego przeżycia, które ukształtowało się w wyniku wielokrotnych powtórzeń. Mamy tu całą konfigurację spostrzeżeń, zachowań i uczuć opisywaną często w teoriach psychoterapeutycznych jako “podstawowy konflikt wewnętrzny”, “nieadaptacyjny wzorzec”, “patogenne przeświadczenie” itp. Zwykle ludzie tak budują swoje życie, żeby ich przeżywanie samych siebie było potwierdzane. Osoba, która myśli o sobie, że nie jest nic warta, często znajduje partnera, który będzie to potwierdzał. I nawet jeśli w terapii odkryje, jakie mechanizmy nią kierują, to potem wraca do swojego realnego życia, w którym jej sojusznik w patologii pokazuje jej dobitnie, że absolutnie nie zasługuje na miłość.
Czytałam też, że ważne jest również, jak my sobie to swoje życie opowiadamy - na przykład jako pasmo samych nieszczęść.
Jest taki nurt. Nazywa się psychologią narracyjną i próbuje zachęcać ludzi do tego, by dostrzegli tendencyjność swojej opowieści o sobie i świecie. U jednego narracja koncentruje się na własnych sukcesach i nieomylności, drugi widzi swoje życie jako ciąg poświęceń, u innego dominują niezawinione krzywdy.
Jest jeszcze inny ważny wymiar, który decyduje o tym, jak przeżywamy życie - tak zwane miejsce poczucia kontroli, czyli gdzie umieszczamy sprawstwo.
Co pani ma na myśli?
Na jednym krańcu są ci, którzy przypisują wszystko, co im się przydarza, okolicznościom od nas niezależnym, na drugim - tacy, którzy przypisują wszystko samym sobie.
Ci ludzie, którzy myślą, że to świat, okoliczności, a nie ja, mają większą tendencję do myślenia negatywnego?
Niekoniecznie, ale gorzej sobie radzą z negatywnymi okolicznościami. Takie przekonanie, że nie mam na nic wpływu, doraźnie przynosi ulgę - bo skoro nie mam wpływu, to nie moja wina - ale na dłuższą metę jest niszczące. Jeśli nie mam wpływu, to nie mogę poprawić swojego losu. Przeżywanie swojego życia jako rządzonego przede wszystkim czynnikami zewnętrznymi jest obezwładniające. Bezradność to jedno z najtrudniejszych uczuć.
Skąd się bierze taka postawa?
Na ogół postawy, które nie sprzyjają nam dzisiaj, kiedyś były przydatne i miały swój adaptacyjny sens. Jeśli ktoś nauczył się w dzieciństwie nie widzieć, że ojciec jest alkoholikiem, bo matka, rodzeństwo i sam ojciec temu zaprzeczali, to potem w dorosłym życiu też może nie być pewien, czy to, co widzi, to jest prawda czy nie, czy w ogóle może polegać na swoich spostrzeżeniach. Dlatego raczej podporządkuje się opinii innych.
Nie możemy nic zmienić?
Jeśli nie bierzemy współodpowiedzialności, to nie możemy. Pacjentka mówi: “To przez tę dziwkę mój mąż odszedł, no i bo coś mu się z głową porobiło”. Znacznie trudniej jest sobie powiedzieć: zaraz - a ja co? A może przez trzy lata nie chciałam widzieć, jak znika, jak się odsuwa, albo godziłam się na złe traktowanie.
Jeżeli to dostrzegę, to sytuacja nabierze dla mnie innego sensu. Po pierwsze, może mogę coś z tym jeszcze zrobić; po drugie, może czegoś niedobrego uniknę w przyszłości. Ale jeżeli uważam, że wszystko przez tę dziwkę, a mężczyźni to zwykłe świnie, zostaję w roli bezwolnej ofiary. Tendencja, by przeżywać siebie jako ofiarę okoliczności, jest dość trwała i pojawia się w różnych sytuacjach.
Z tego, co pani mówi, osoby, które siebie tak negatywnie przeżywają, sprzyjają temu, żeby rzeczywistość to ciągle potwierdzała.
Mają też tendencję, żeby nie widzieć tego, co mogłoby zakłócić ich wzorzec myślenia.
Odrzucają każde pozytywne przeżycie?
Na przykład. Jeśli sądzimy, że jesteśmy nic niewarte, a ktoś się nami zainteresuje, to nasz umysł potrafi z tym zrobić wszystko. Po pierwsze, to mi się tylko wydaje, a że koleżanka potwierdza - to z litości. Po drugie, może on nie był trzeźwy albo ciemno było. Jak mnie lepiej pozna, to się zniechęci, a ja przeżyję niepotrzebnie kolejną przykrość itd. Albo paradoks Woody’ego Allena: skoro on interesuje się kimś tak beznadziejnym jak ja, to co on może być wart.
A ten awans to co? Przypadek?
To dlatego, że chcieli się mnie pozbyć. Kop w górę. No i dużo wyjazdów, pewnie nikt tego nie chciał, to mnie dali.
Jeżeli coś chcemy zobaczyć jako negatywne, to zawsze znajdziemy sposób. Teraz mamy dużo interesujących psychologicznie przykładów na takie konstrukcje myślowe - na przykład jak wykazać, że stanowiska Tuska i Bieńkowskiej w Brukseli dowodzą ich intelektualnej i moralnej miałkości oraz potwierdzają katastrofalny stan Polski, czyli że nie stało się nic dobrego, tylko przeciwnie, jest źle, a zapowiada się jeszcze gorzej.
Jaka może być korzyść z takich zabiegów myślowych?
Są i korzyści, i straty. Na przykład dziewczyna poznaje chłopaka i, powiedzmy, że jest w wieku, kiedy przychodzi jej do głowy poważny związek. Jedna zamknie oczy i nie dostrzeże, że na przykład obiecał zadzwonić wieczorem, nie dzwoni przez tydzień i nawet się nie tłumaczy, chociaż naobiecywał wiele. Druga, przeciwnie, będzie wypatrywała sygnałów ostrzegawczych: “O, drugie piwo zamawia. Alkoholik”.
Jedna nie zauważy tego, co powinna, druga oceni negatywnie przedwcześnie, ale po latach zwykle ani jedna, ani druga nie zobaczą w tym, co je spotyka, swojego udziału. Pierwsza nie dostrzega, że jest nieszczęśliwa w swoim związku dlatego, że czegoś bardzo nie chciała widzieć, więc nie miała szansy ani na próbę zmiany takich tendencji u partnera, ani na świadomą decyzję (“Dobrze widzę, że to trochę blagier i luzak, ale uroczy, więc biorę go z dobrodziejstwem inwentarza”), druga z kolei nie widzi zależności między skupianiem się na negatywach a faktem, że wciąż jest sama. A w kontekście myślenia o sobie jako o ofierze przychodzi mi do głowy coraz wyraźniejsze ostatnio zjawisko - inflacja depresji.
Co ma pani na myśli?
Nadużywanie tego pojęcia. Jak matka dwójki dzieci, z których jedno jest chore, drugie obarczone poważnym ryzykiem, a do tego ich ojciec już tego nie wytrzymuje i znika z domu, czuje przygnębienie, niepokój, ma poczucie beznadziei - to jest adekwatna emocjonalna reakcja na sytuację, w której się znalazła, a nie kliniczna depresja ani “pesymizm”. Podobnie ktoś, kto związał się z kimś, z kim nie powinien, został zraniony i czuje złość i rozgoryczenie - to też adekwatne uczucia. Ludzie czasem używają etykietki “depresja” jako usprawiedliwienia dla swoich różnych zachowań - nadmiernego picia, zdrad, niedbania o siebie. Jak kiedyś mówili starzy psychoterapeuci humanistyczni: nie jest prawdą, że żyjesz tak, ponieważ źle się czujesz, tylko źle się czujesz, ponieważ tak żyjesz.
Czy, analogicznie, jeśli ktoś ma duży kredyt na mieszkanie, niestabilną sytuację finansową, dzieci na utrzymaniu i martwi się o przyszłość, to nie znaczy, że jest niereformowalnym pesymistą, tylko że adekwatnie emocjonalnie reaguje na sytuację, w której jest?
Jeśli ma nawracające, natrętne myśli, które przeszkadzają mu żyć (Ale jestem beznadziejny. No i co teraz będzie? Nie mogę się skupić w pracy, wywalą mnie, żona mnie rzuci), ale nic z tego nie wynika, to nie ma znaczenia, czy go nazwiemy pesymistą czy nie, bo jest jasne, że to jest dysfunkcjonalne - nie pomaga ani jemu, ani jego bliskim. Mówi się wtedy o sadystycznym atakującym superego, które tylko gnębi, ale nie służy zmianie. Natomiast jeśli człowiek myśli: to jest naprawdę kłopotliwa sytuacja, niesłusznie braliśmy duży kredyt, będę wiedział na przyszłość, żeby nie działać pochopnie - to jest rozwojowe. Dojrzałe superego pokazuje: niemądrze zrobiłaś, teraz wyciągnij wnioski i znajdź sposoby, żeby naprawić sytuację.
Jak się odbiera takich przepełnionych negatywnym myśleniem?
Na dłuższą metę działają odpychająco, ale doraźnie mogą wzbudzać chęć opieki. Tyle że najczęściej jej nie przyjmują i na ofertę pomocy można usłyszeć na przykład: “Co mi to da, i tak mąż odejdzie, z pracy mnie wyrzucą, zaraz się okaże, że jestem ciężko chora”. Często pojawia się coś, co w zapomnianej analizie transakcyjnej Eric Berne nazwał grą w “tak, ale”. Na sugestie, żeby coś zmienić, na przykład szkołę dziecka, słyszy się: “No tak, ale to niemożliwe”, “No tak, ale w tej drugiej szkole jest jeszcze gorzej”. Tacy ludzie nie chcą pomocy, chcą tylko opowiedzieć o swoim nieszczęściu.
Po co?
Mogą mieć przekonanie, że tylko jak cierpią, zostaną zauważeni i będą kochani. Może jako dzieci otrzymywali uwagę i troskę tylko wtedy, kiedy byli chorzy. Może się im wydawać, że jak powiedzą przyjaciółce: “Wiesz, a z tym moim Frankiem to nawet dobrze mi się układa, zaczęliśmy więcej czasu ze sobą spędzać, w łóżku się też poprawiło” - to przyjaciółka straci zainteresowanie. A jak poinformują, że guzek na piersi wyczuły, to chyba bliscy zachowają się jak trzeba?
Nawet jeśli taka osoba dostaje sygnał od otoczenia, że już za dużo tego nieszczęścia, to nie uzna, że oni się odsuwają, bo mają dość słuchania o jej ciągłych cierpieniach, tylko pomyśli, że to pewnie dlatego, że ona za mało im pokazuje, jak cierpi.
Nie…
To tak jak z matką Polką, która obnosi się na święta ze swoim zmęczeniem, nieszczęściem i samotnością, bo musiała wszystko przygotować. Rodzina nie docenia jej poświęcenia, nie widzi, jak się stara. Nie jedzą wszystkiego jak kiedyś, atmosfera już jakaś nie taka, spóźniają się. Ale matka Polka nie myśli: zaraz, może ja ich dręczę tym gadaniem, może mogę podzielić się obowiązkami, może nie musi być aż tak posprzątane? Nie, ona myśli raczej: oni nie widzą, jak mi jest trudno, ja im muszę to wyraźniej pokazać, muszę się bardziej postarać. Więc jeszcze bardziej się nakręca, a oni tym bardziej mają dosyć.
Jak się pracuje z takimi osobami?
Trzeba im stopniowo pokazywać ten mechanizm: czego się boją, jak się bronią. No i jak złapią ten paradoks, że powodują to, czego najbardziej nie chcą, to jest jakaś nadzieja. Są i takie osoby, które tak bardzo nie ufają sobie i światu, że będą się trzymać autodestrukcyjnego wzorca.
A czy nie ma pani poczucia, że w naszej polskiej rzeczywistości takim, którzy negatywnie myślą, jest w pewnym sensie łatwiej, że taka postawa jest bardziej akceptowana? Znajomy po dziesięciu latach wrócił z Kalifornii. Wjechał z takim słonecznym amerykańskim uśmiechem i powiedział, że poczuł się, jakby był wariatem. Po roku zaczął już rzucać znajome teksty, że pogoda słaba i pieniędzy za mało.
Wyjdę na chwilę poza swój obszar kompetencji i podzielę się myślą, że być może typowy Europejczyk, jeśli w ogóle można taką konstrukcję stworzyć, jako dziecko Starego Kontynentu jest w porównaniu z typowym Amerykaninem znacznie bardziej ponury, sceptyczny i zgryźliwy. Bo jego pamięć historyczna przypomina mu o szeregu rzeczy, które nie pozwalają tak jednoznacznie wierzyć, że natura ludzka jest wspaniała i że wszystko można. Amerykanin, zważywszy na to, że pochodzi z młodego kraju, który powstał stosunkowo szybko, rozwinął się imponująco, a na sumieniu ma tylko kwestię Indian i niewolnictwo, może mieć tożsamość kulturową bardziej w klimacie tego “Just do it!”.
Poza tym Polacy mają specyfikę. Z badań wynika, że wyróżnia nas bardzo niski poziom zaufania społecznego. Mało ufamy sobie nawzajem, a co dopiero obcemu, na przykład takiemu Amerykaninowi. Jak on się do nas uśmiecha, to o co mu chodzi?
Może się z nas śmieje?
Albo nas sprawdza? A może chce pokazać, że lepszy? Albo głupawy jest po prostu, a my w takich szopkach uczestniczyć nie zamierzamy. Polskie powiedzenie to dobrze ilustruje: “Śmieje się jak głupi do sera”.
Ufamy sobie w obrębie rodziny, chociaż też różnie z tym bywa. Od innych spodziewamy się raczej złych rzeczy niż dobrych i stąd m.in. organizacje pozarządowe nie mają nadzwyczajnej liczby członków. Mało ludzi wierzy, że można się skrzyknąć i zrobić bezinteresownie coś dobrego, raczej zaczynają się przyglądać: kto tutaj ma najwięcej korzyści, kto chce na tym zarobić.
Zaufanie społeczne wpływa na wewnętrzne poczucie szczęśliwości?
Oczywiście, bo jeśli ja spostrzegam świat dookoła jako skorumpowany, moralnie zgniły, zły, to się muszę mieć na baczności, przyglądać się ludziom, czy nie chcą mnie przypadkiem wykorzystać. Na wszelki wypadek lepiej trzymać ich na dystans. Taka postawa na pewno ma wpływ na to, jak się człowiek czuje i w jakich barwach będzie widzieć przyszłość.
Ale z drugiej strony ktoś taki też ma swoją funkcję. Jak dowodzą badania Mario Mikulincera, to właśnie osoby o tak zwanym lękowym wzorze przywiązania (czyli spodziewające się w każdej chwili utraty, opuszczenia, nieszczęścia i innych plag) pierwsze zauważą, że dzieje się coś niepokojącego. I to jest pożytek z takiej konstrukcji osobowościowej. Kasandry bywają przydatne dla społeczeństwa, chociaż im samym na ogół jest nielekko.
**Więcej ciekawych rozmów psychologicznych znajdziesz w książce “Żyj wystarczająco dobrze” Agnieszki Jucewicz i Grzegorza Sroczyńskiego. **
Książka dostępna jest w księgarniach, w Kulturalnym Sklepie oraz w Publio.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej