Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Pamięta pani “Łowcę jeleni”?
Oczywiście. Bardzo poruszający film o przyjaźni.
Obejrzałam go niedawno jeszcze raz i byłam pod wrażeniem sceny, gdzie jeden z głównych bohaterów wraca do Wietnamu, żeby wyciągnąć stamtąd przyjaciela, który w wyniku przeżyć wojennych postradał zmysły. Wpada do speluny, w której nielegalnie grają w rosyjską ruletkę, bierze go za fraki i mówi: “Przeleciałem 18 tys. km, żeby cię stąd wyciągnąć. Wracaj ze mną. Kocham cię”. Pomyślałam sobie wtedy: “No, to jest miara prawdziwej przyjaźni”.
Te 18 tys. km?
Raczej to “kocham cię”.
Tak, to rzeczywiście jest jakaś miara. Tylko proszę pamiętać, że ich relacja zawiązała się na polu walki i była poddana niebywałej próbie, której mało kto ma okazję doświadczyć. To było coś więcej niż zjedzenie przysłowiowej beczki soli - tego, co nam przeciętnie życie funduje.
Świadomość, że mogę na kogoś liczyć w najgorszych tarapatach, nie jest miarą przyjaźni?
Świadomość to jedno, ale ważna wydaje mi się też jakaś realność, bo z biegiem lat to nasze życie się coraz bardziej komplikuje. Pojawiają się inne ważne relacje i zobowiązania. I oczywiście fajnie by było mieć poczucie, że kiedy znajdziemy się w jakiejś opresji na końcu świata, to nasza przyjaciółka rzuci wszystko, wsiądzie w samolot i nas z niej uratuje, ale nie można tego od niej wymagać, a na pewno nie może to być warunek przyjaźni, bo przyjaciółka też ma swoje życie. Na przykład małe dzieci, których nie ma z kim zostawić, albo chorą matkę. I nie można się na nią obrażać, że nie waruje przy naszym łóżku za każdym razem, kiedy mamy chandrę. Może wystarczy, że zadzwoni, zapyta, jak się mamy. Do zbudowania prawdziwej, solidnej przyjaźni, tak jak do zbudowania innych głębokich związków, potrzebna jest dojrzałość. Z obydwu stron.
Ale co to właściwie znaczy?
Na przykład to, że nie oczekuję, iż przyjaciółka będzie zawsze dla mnie i jak mam kryzys, to wpadnę do niej w środku nocy bez zapowiedzi, a ona zapyta: “Chcesz pogadać, wódki czy spać?”. Tak jak pytała 15 lat temu, kiedy mieszkała w pokoju obok w akademiku. Rozumiem, że ma na przykład nową pracę, która ją pochłania, nowego faceta czy malutkie dziecko. Mądra przyjaciółka się nie obraża z tego powodu, że nie jest już pępkiem świata, bo w przyjaźni chodzi przede wszystkim o wzajemność, o wymianę. Więc zamiast mieć pretensje, że ta druga wciąż “tokuje” o zupkach i kupkach i jedyne, co ma do zaoferowania, to “wpadnij do mnie”, mogę rzeczywiście do niej pojechać, zająć się dzieckiem, żeby ona mogła się wykąpać, zrobić zakupy. I nie czuję się wtedy ani wykorzystana, ani odsunięta, bo wiele było takich sytuacji w życiu, kiedy ona była dla mnie. I wiem, że jeszcze takie będą.
Albo kiedy mąż przyjaciółki mnie nie lubi i ona mówi mi: “Słuchaj, ja się z tobą chętnie zobaczę, ale jak Józia nie ma w domu, bo nie chcę się z nim kłócić”, to nie robię scen, nie zrywam tej relacji ani nie traktuję Józia jak rywala, tylko to akceptuję, bo ta przyjaźń ma dla mnie większą wartość.
Chyba że uważam, że Józio nie jest najlepszym partnerem.
To wtedy mogę powiedzieć: “Słuchaj, wiem, że kochasz tego faceta, ale uważam, że się przy nim zmieniłaś, że on cię zamyka na świat, ogranicza”, albo: “Zrobisz, jak uważasz, ale ja widzę, że on cię źle traktuje, że pije, i nie podoba mi się to”.
Wydaje mi się tylko, że z tą szczerością w kobiecych przyjaźniach różnie bywa. Wiele z nich opiera się na takim przytakiwaniu: “Tak, świetnie wyglądasz”, “Tak, jesteś wspaniałą mamą”, “Tak, jesteś cudowną szefową”. Boimy się powiedzieć prawdę.
Bo dużą sztuką jest powiedzieć coś krytycznego czy zwrócić uwagę w taki sposób, żeby kogoś nie zranić. Ale jeśli coś nam się w życiu naszej przyjaciółki nie podoba, to powinnyśmy podjąć taki wysiłek, bo jeśli nie my, to kto jej ma o tym powiedzieć? Może przez moment będzie jej przykro, może ją to zaboli, ale wartość z usłyszenia prawdy od kogoś, komu na nas zależy, kto nas - jak to pani mówi - kocha, jest większa niż chwilowe zranienie.
Tylko jak to powiedzieć, żeby nie zranić?
Kiedy moja przyjaciółka przeżywa jakieś problemy z córkami, wtedy pytam ją: “Chcesz, żebym ci powiedziała, co o tym myślę? Bo jeśli nie, to OK. To jest twoje życie, ja jakoś wytrzymam”.
I to jest dobre pytanie. Bo daje wybór.
Inna przyjaciółka, która nie potrafi się odseparować od swojego 30-letniego syna, wręcz mnie o to sama prosi: “Mów mi, jak to widzisz, bo wtedy mam więcej siły, żeby tak na niego nie chuchać i nie dmuchać. I nie zalewa mnie aż takie poczucie winy, kiedy mu odmawiam”. Więc powtarzam jej jak zdarta płyta: “Zostaw go! Nie leć do niego, kiedy tylko zakwili. Niech spróbuje sam stanąć na nogi. Nigdy nie zbuduje własnego życia, jeśli zawsze mu wszystko podasz na tacy. To jest dobre nie tylko dla ciebie, ale też dla niego itd.”. Ale mam również przyjaciółkę, która wieki temu jasno zakreśliła granicę tej szczerości. Powiedziała: “Jeśli kiedykolwiek się dowiesz, że mój mąż mnie zdradza, to mi nic o tym nie mów, bo ja tego nie przeżyję”. I to jest dla mnie święte. Chociaż gdyby dzisiaj, po 30 latach jej małżeństwa, coś takiego miało miejsce, wolałabym się upewnić, czy ta nasza umowa nadal obowiązuje.

Czasem wydaje nam się, że chcemy tę prawdę usłyszeć, a kiedy ją słyszymy, to się jednak obrażamy. I koniec przyjaźni.
Ale to też świadczy o nas, bo na czym my w takim razie tę przyjaźń budujemy? Szczerość jest dobrodziejstwem, które warto doceniać. To zwykle przychodzi z czasem. Możemy też dojść do wniosku: “Ja wiem, że ty uważasz Marka za palanta, ale ja go kocham i już”. Prawdziwa przyjaciółka to uszanuje, bo ona wie, że nie jest od tego, aby nam meblować życie. Jeśli chcemy żyć z takim człowiekiem, w ten, a nie inny sposób wychowywać dziecko czy latać na każde skinienie własnej matki - nasz wybór. Ona może jedynie powiedzieć, co o tym myśli. Jeśli tego chcemy.
Życie ciągle chyba te nasze przyjaźnie poddaje różnym próbom.
Weryfikuje je po prostu. Zwykle im dalej, tym mniej ich zostaje, bo okazuje się, że wartości nam się rozjeżdżają, że to coś, co nas wiązało, się rozpuściło, że pewne przyjaźnie rozbiły się o kolejne etapy życia, ale warto się też tej weryfikacji przyjrzeć.
Co ma pani na myśli?
U mnie w gabinecie czasem pojawia się problem poczucia opuszczenia czy też zawodu w przyjaźni. Zgłaszają go zwykle osoby dość samotne, nieufne, którym bardzo trudno jest wejść w relację, ale jak już w nią wejdą, to zawieszają na niej wszystkie swoje oczekiwania, pragnienia, marzenia. I kiedy przyjaciółka się oddala, bo wchodzi w związek albo zaprzyjaźnia się z kimś innym, to mają poczucie straty, wręcz zdrady - jakby się małżeństwo skończyło. Zdarza się też, że to poczucie bycia opuszczoną, zostawioną przez przyjaciółkę bierze się z różnicy oczekiwań.
Co to znaczy?
Ktoś nas uważa za przyjaciółkę, bo okazałyśmy jej ciepło, potraktowałyśmy po ludzku, wysłuchałyśmy być może pierwszy raz w życiu, ale my się na żadną przyjaźń nie czujemy umówione. I kiedy odchodzimy do własnych spraw, ta druga strona czuje się zdradzona i rozczarowana.
I co wtedy? Warto by to było chyba jakoś wyjaśnić?
Nie da się tego wyjaśnić, dopóki nie dojdzie do otwartego konfliktu i nie dowiemy się, że ta osoba miała zupełnie inne wyobrażenie o tej relacji. Dopiero wtedy możemy powiedzieć: “Słuchaj, ale ja się nigdy nie czułam twoją przyjaciółką”.
Zdarza się też, że taką relację ciągniemy z obowiązku, chociaż wiemy, że ona jest niesymetryczna.
Tylko że wtedy trzeba nauczyć się jasno określać swoje granice, bo ta druga osoba, w poczuciu, że jest naszą przyjaciółką, będzie oczekiwać od nas więcej niż zwykła koleżanka i będzie uważała, że ma do tego prawo.
Jak odróżnić przyjaźń od dobrej znajomości?
Przyjaźń to jest bardzo silna więź. Silniejsza od zmieniających się okoliczności. Jeśli my się rozwijamy, to ona się rozwija razem z nami. Przyjaciółce mam ochotę powierzać swoje największe tajemnice, bo jej ufam. Mogę się wyrażać wprost, nie muszę owijać w bawełnę, bojąc się, że ją urażę. Mamy podobną hierarchię wartości, podobne granice. To, czy się często spotykamy, czy nie, nie jest takie istotne. To jest ważne tylko na początku, kiedy się ta przyjaźń zawiązuje. Ale kiedy już te fundamenty są solidne, możemy się spotykać raz na miesiąc czy nawet raz na rok, wysyłając sobie czasem sygnał, że pamiętamy, tęsknimy albo że chętnie byśmy ją widzieli obok siebie, bo coś nam się dobrego przydarzyło w życiu. Za to kiedy się już spotkamy, to mamy takie uczucie, jakbyśmy się widziały wczoraj. Nic się między nami nie zmienia.
I nie przeszkadza to, że nie jesteśmy na bieżąco z własnym życiem?
Nie, chociaż zwykle się przecież te dane podczas takich spotkań aktualizuje, przegadując całą noc albo dwie. Ważna jest też swoboda. Takie poczucie, że nie trzeba niczego udawać, że możemy się razem pośmiać, popłakać, ale też pomilczeć. Czujemy się akceptowane i akceptujemy tę drugą osobę taką, jaka ona jest - z jej różnymi słabościami, defektami, wyborami. Chociaż są pewne granice.
Jakie?
Pamiętam historię pacjentki, która opowiadała mi, jak próbowała pomóc przyjaciółce, która po rozwodzie się rozsypała, straciła pracę i po kryjomu zaczęła pić. Przyjaciółka próbowała ją wspierać, pomagała jej na różne sposoby, robiąc na przykład zakupy, ale kiedy zapraszała ją na wspólne spotkania z innymi przyjaciółkami, tamta wymyślała różne wymówki, żeby nie przyjść. “Bo źle wygląda, a one są takie piękne” albo że “jej nie stać”. Kiedy przyjaciółki oferowały, że zapłacą za kawę, ona mówiła, że “to dla niej upokarzające”, a kiedy zapraszały do domu, ona mówiła, że nie przyjdzie, “bo ma brzydko w mieszkaniu i jest jej wstyd, kiedy widzi, jak one mają ładnie”. W końcu doszło do konfrontacji, w której pacjentka powiedziała jej prosto w oczy, że problem nie polega na tym, że ona źle wygląda, nie ma pieniędzy czy że w domu ma bałagan, tylko na tym, że ma problem z alkoholem i powinna się leczyć.
I jak to przyjęła?
Początkowo przyznała przyjaciółce rację, zgodziła się pójść na terapię, ale nigdy na nią nie doszła. Było jeszcze kilka prób ratowania jej, ale tamta w końcu przestała odpowiadać na jakikolwiek kontakt. Odcięła się. I to pokazuje, że są jakieś granice ratowania przyjaciółki, która nie chce być ratowana. To znaczy chce, ale bez własnego wysiłku.
Zdarza się też tak, że my tę pomoc oferujemy, ale to nie jest to, czego nasza przyjaciółka potrzebuje najbardziej.
Zdarza się. Dlatego zamiast żyć w świecie wyobraźni, warto ją zapytać: “Czego ode mnie potrzebujesz?”, “Co byś chciała?”. To mi przypomina inną pacjentkę, która od jakiegoś roku jest na etapie weryfikowania grona swoich przyjaciółek, które za wszelką cenę chciały ją wyciągnąć z depresji - skonsultowały się w tym celu z psychiatrą, zafundowały jej coacha, który ocenił jej kompetencje zawodowe i stwierdził, że nadal je posiada i może znów spróbować swoich sił na rynku pracy. Naprawdę się postarały, tyle że nie były w stanie przyjąć do wiadomości, że ona potrzebuje czegoś zupełnie innego.
Czego?
Żeby ją ktoś przyjął z tą jej bezradnością, zaopiekował się nią i pochylił nad nią jak dobra matka nad niemowlęciem.
No, ale to już niemożliwe w dorosłym życiu.
To prawda, ale w kryzysie czasem tego właśnie nam trzeba, takiej matczynej troski. Choćby na chwilę. Ona jest nam potrzebna po to, żebyśmy jednocześnie mogli się godzić z tym, że na dłuższą metę taka “adopcja” jest już niemożliwa. Moja pacjentka właśnie się z tym godzi i zaczyna też rozumieć, że to, iż przez całe życie była dla innych, rezygnując często z własnych potrzeb, nie oznacza, że kiedy sama jest w kłopocie, to do niej wróci, i to dokładnie w takiej formie, w jakiej by sobie życzyła. Jej przyjaciółki z kolei mają ogromny kłopot z przyjęciem jej bezradności, bo prawdopodobnie boją się swojej własnej.
Nie są w stanie zaakceptować tego, że jej depresja jest wynikiem konfrontacji z traumą, której doznała w dzieciństwie, że wychodzenie z takiej traumy wymaga czasu, i na wszelkie sposoby próbują ją dopingować, mobilizować i pospieszać. Nie rozumieją, że ona chce wrócić do pracy, ale do takiej, w której nie będzie czuła, że się “nadużywa”, czyli niekoniecznie do korporacji. Pojawiają się też nieporozumienia związane z pieniędzmi, bo one mają ich dużo, a ona prawie wcale, więc w wielu ich wspólnych przedsięwzięciach nie może uczestniczyć. Ciągle musi im przypominać, że jej na to nie stać. One próbują to zrozumieć, ale nie do końca chyba potrafią się z tym pogodzić.
I to pani zdaniem wciąż jest przyjaźń?
No właśnie, teraz to się waży. Ona pracuje nad tym, żeby przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest, żeby mówić o tym, że jakieś zachowanie ją złości, ale żeby się nie obrażać. To jest trudne, bo one żyją w zupełnie innych rzeczywistościach. Dla nich na przykład zdanie “spotkamy się niedługo” oznacza za miesiąc, bo mają mnóstwo obowiązków, a dla niej - za parę dni. W wyniku tych znaczących różnic zachodzi wiele nieporozumień.
No, ale ile razy ona ma przypominać o tym, jak wygląda jej sytuacja?
Tyle, ile trzeba. Chociaż można by oczekiwać, że przyjaciółki same będą o tym pamiętać i oszczędzą jej przypominania o czymś, co jest dla niej upokarzające. Ale jeśli tak się nie dzieje, to lepiej zapytać po raz kolejny: “A co ze mną?”, zamiast zasklepiać się w niedomówieniach i czarnych scenariuszach: “A może one mnie już nie chcą, tylko nie umieją mi tego powiedzieć?”.
Zapytać jak?
Wprost. Jeśli przyjaciółki proponują na przykład wspólny wypad na koncert w innym mieście, to ona powinna dopytać, czy pamiętają, jaka jest jej sytuacja, czy ta propozycja oznacza, że one się mogą zrzucić na bilet dla niej, czy ma im powiedzieć: “Bawcie się dobrze, zobaczymy się kiedy indziej!”.
One nie mają obowiązku jej tego biletu fundować.
Nie mają, choć mogą, jeśli je na to stać i chcą. Mogą też czasem zaproponować taką formę wspólnego spędzania czasu, która będzie dla niej komfortowa, mogą ją zaangażować np. do organizacji całego wyjazdu, do poszukania noclegu, czegoś, na co na przykład same nie mają czasu, a ona go ma. Różnica pomiędzy przyjaźnią a związkiem polega m.in. na tym, że przyjaciółki nie są odpowiedzialne za naszą egzystencję, nie muszą dbać o to, żeby nam komornik nie wszedł na głowę, kiedy mamy trudności finansowe. Nie muszą sobie znacząco obniżać standardu życia, żeby nas wspierać. Powinny nas wspierać, ale mądrze - dając przysłowiową wędkę, a nie rybę. Chociaż oczywiście mogą się zdarzyć wyjątkowe, podbramkowe sytuacje w życiu, kiedy nic nam po wędce, tylko na gwałt potrzebna jest ryba.
Na przykład?
Na przykład wtedy, kiedy przyjaciółka szuka schronienia przed brutalnym partnerem. To nie oznacza, że mamy się rozwieść z mężem, żeby koleżanka miała gdzie spać, ale na pewno możemy jej pomóc szukać mieszkania czy poszukać dobrego prawnika, jeśli tego potrzebuje. Te wyjątkowe sytuacje są też jakąś próbą tej przyjaźni.
Czasem w tych naszych relacjach mamy poczucie bycia wykorzystywaną. My dajemy dużo, ale w zamian dostajemy niewiele.
Ja myślę, że te osoby, które inwestują w przyjaźń, które dają z siebie dużo, mają lepiej. Nawet jeśli w pewnym momencie usłyszą: “Ale ja ci nie mogę tyle dać”, albo: “Przykro mi, ale ja nie mam dla ciebie tyle czasu”. Bo one podejmują jednak wysiłek zbudowania więzi, są ciekawe drugiego człowieka, są skłonne coś mu ofiarować. Ale są też osoby - i powiedziałabym, że jest ich dziś coraz więcej - które oczekują, że ten drugi człowiek będzie tylko dla nich. One się nie wiążą, tylko używają ludzi do pewnych zadań. Jeden jest od chodzenia do teatru, drugi od rozmawiania o książkach, a trzeci od imprez. Jak jesteś, to fajnie, a jak cię nie ma, to zastąpię cię kimś innym.
A jeśli odejdę?
To nic. Taka osoba nie tęskni. Nie podejmuje wysiłku, żeby tę relację naprawić. Nie ma potrzeby, żeby dać sygnał, że ktoś był ważny czy że go brakuje. Są takie osoby i zdarza się, że stają się dla nas ważne, myślimy, że to nasi przyjaciele, bo bierzemy odpowiedzialność za tę znajomość, podtrzymujemy ją, ale jak przestajemy wkładać wysiłek w jej podtrzymywanie, to po drugiej stronie nie ma nic. Cisza.
I co wtedy?
Trzeba przeżyć rozczarowanie, uznać, że to nie przyjaźń, tylko znajomość. I nic nie stoi na przeszkodzie, jeśli uważamy, że to ciekawy człowiek, żeby od czasu do czasu się z nim spotkać, ale już bez nadziei na coś więcej.
Na ile sposób, w jaki wchodzimy w relację z przyjaciółkami, odzwierciedla naszą relacje z matką?
Te nasze wczesne relacje w ogóle, nie tylko z matką, tworzą taki wzorzec, który na skutek różnych życiowych doświadczeń - tych dobrych i tych złych - się uelastycznia i zmienia, ale mamy tendencję, żeby do niego wracać. I potem podobnie wchodzimy w relacje z ludźmi: w sposób ufny, jeśli ta pierwotna więź była ufna, z dużą rezerwą, jeśli była nieufna, albo z lękiem - jeśli ta więź była zdezorganizowana, raz bliska, raz odrzucająca i raniąca. Ale oczywiście w przypadku wchodzenia w relacje z innymi kobietami ta więź z matką odgrywa szczególnie ważną rolę.
Bywa, że matka jest bardzo oddana córce, kiedy ta jest mała, wspiera ją, ale kiedy dziewczynka chce się od mamy oddalić i zawiązać swoje pierwsze dziecięce przyjaźnie, to się okazuje, że matka jest zazdrosna i zaborcza. I wtedy dziewczynka jest w konflikcie lojalności - z kim mam prawo być bliżej, z matką czy z przyjaciółką? W zależności od siły temperamentu, wsparcia innych osób i ciekawości świata - albo będzie mimo wszystko lgnęła do koleżanek, ukrywając przed matką te relacje lub wchodząc z nią w konflikt, albo zrezygnuje z eksplorowania świata kobiecej przyjaźni na długie lata, żeby tylko mama była zadowolona. Takie dziewczyny dają sobie wmówić, że przyjaźń z własną matką jest wystarczająca, jedyna w zasadzie, a reszta kobiet jest “nie dość dobra” albo “nie zasługuje na ciebie”.
Od kobiet, które miały bardzo trudną relację z matką, słyszę czasem, że one by się nawet chciały zaprzyjaźnić z inną kobietą, ale nie mają do kobiet zaufania.
Bywa tak, że z tym lękiem, iż zostaniemy przez inną kobietę zranione i wykorzystane tak samo jak przez własną matkę, nie da się nic zrobić. Wtedy wchodzimy w relacje z przyjaciółkami z dystansem, z poczuciem, że bliskość z kobietą to nie jest wcale pewna rzecz. I że trzeba zachować czujność.
A jak się robi za blisko, to uciekamy?
Czasem nie uciekamy dosłownie, tylko np. wchodzimy w role, te same, które jakoś pozwalały nam w relacji z matką przetrwać - na przykład terapeutki. I tak, jak byłyśmy całe życie powierniczką matki, która utyskiwała na ojca, na pracę, na życie w ogóle, tak teraz zostajemy powierniczką naszej przyjaciółki. Same nie odsłaniamy się do końca, niewiele chcemy z tej relacji, tylko wysłuchujemy, pocieszamy, wspieramy.
I w pewnym momencie mamy dość.
Do pewnego momentu mamy jednak taką podświadomą nadzieję, że jak będziemy takie oddane, słuchające i rozumiejące, to ona nas w końcu kiedyś doceni i odwdzięczy się tym samym, kiedy będziemy w potrzebie. I czasami mamy takie szczęście, że tak się dzieje. Przychodzi jakaś życiowa zawierucha, my, mimo swoich tendencji, wchodzimy w rolę tej słabej, rozpadamy się i nagle się okazuje, że ta przyjaciółka, której latami dawałyśmy wsparcie, jest obok i jest dla nas. To ma wtedy taką korygującą funkcję, dzięki której zaczynamy wierzyć, że można się otworzyć na inną kobietę, być blisko niej, a ona tego nie wykorzysta potem przeciwko nam. Takie doświadczenie może wtedy przeformułować tę naszą matrycę, otworzyć nas na inne kobiece przyjaźnie. Ale też, niestety, zdarza się, że podobnie jak w relacji z matką, znowu zostaniemy “użyte”. Przyjaciółka nie będzie nas widzieć, tylko będzie się w nas przeglądać, a kiedy przestaniemy jej być potrzebne do czegokolwiek, zniknie. I to z kolei może nas zamykać na kolejne próby zaprzyjaźnienia się z kobietami.
Jaki jeszcze wczesny wzorzec możemy powielać w przyjaźni?
Na przykład ten oparty na rywalizacji, że bliskość realizuje się tylko w takim scenariuszu, w którym się ciągle udowadnia, ile jest się wartą. To może się różnie przejawiać. Na przykład tak, że dziewczynka jest traktowana w rodzinie jak królewna, wszyscy koło niej skaczą - rodzice, dziadkowie, wujkowie - więc ona podobnie dobiera sobie przyjaciółki, żeby stanowiły wokół niej taki dwór, który będzie ją podziwiał. Zwykle dorosłe życie takie tendencje osłabia, bo okazuje się, że tych fajnych królewien jest więcej, ale może się też okazać, że z tej relacji królowa - podwładne wyłoni się jakaś prawdziwa przyjaźń, bo się okaże, że tam jest coś więcej, jakiś wspólny świat.
Zdarza się też, że tak sobie dobieramy przyjaciółki, żeby zawsze korzystniej przy nich wypadać, żeby nasze życie było zawsze na ich tle pasmem sukcesów.
W takich układach zwykle chodzi o odtwarzanie rywalizacji z matką. O podświadomą chęć udowodnienia innej kobiecie, że ja to bym lepiej wychowała jej dzieci, że byłabym lepszą żoną dla jej męża. Takie rojenie ma służyć dowartościowaniu się. A jeśli nie działa, to przestaje bawić.
Co to znaczy, że nie działa?
Jeśli na przykład przyjaciółka nazwie to, skonfrontuje nas z tym otwarcie, mówiąc na przykład: “Przestań mi ciągle udowadniać, jaką jestem beznadziejną matką”, albo: “Przestań mi ciągle dogryzać przy tym moim mężu, pożyłabyś z nim rok, a nie parę godzin, tobyś zobaczyła, co to znaczy”. Może się też okazać, że ani ci mężowie, ani te dzieci też tej gry nie kupują. Trochę inny rodzaj rywalizacji polega na tym, że ktoś z domu wyniósł takie przekonanie, że aby czuć się wartościowym, musi cały czas wygrywać: walczyć o prestiż, majątek, o lepiej ustawionego męża. To głównie dotyczy osób, których poczucie wartości opiera się na tym, co mają, a nie na tym, kim są. Zabrakło im bezwarunkowej miłości.
Mają szansę zbudować zdrową przyjaźń?
Szanse są zawsze. Jeśli spotkają na swojej drodze kogoś, kto będzie w stanie docenić ich za to, kim są, a nie, co mają, i jeśli będą mieć odwagę się na to otworzyć. To może być początkiem prawdziwej przyjaźni.
Po czterdziestce?
Dlaczego nie?
Ewa Chalimoniuk certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną i grupową. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej