Home

Tags: psychology psychoterapia

Niedosyt. Jak znaleźć spełnienie?

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Czy pani zawsze czuje sens w życiu?

Zofia Milska-Wrzosińska: Zawsze, w każdym momencie? No skąd. Musiałabym być świętą albo mieć misję. Miewałam chwile zwątpienia, złości na samą siebie, że tego sensu jest za mało. Ale z wiekiem czuję go coraz bardziej.

Czym w ogóle ten sens jest?

Nie chcę wdawać się w filozofię, bo się na tym szczególnie nie znam, ale akurat filozof Susan R. Wolf proponuje taką formułę psychologiczną: sens w życiu pojawia się wtedy, gdy obiektywna atrakcyjność czyjegoś życia zbiega się z subiektywną atrakcyjnością.

A prościej?

Ktoś, żyjąc po swojemu, doświadcza przyjemności, a jednocześnie wie, że to, co robi, jest ważne i cenione. Ale na przykład ktoś, kto poświęca większość życia na gry komputerowe, może przeżywać wiele ekscytacji, mieć satysfakcję z tego, że osiąga kolejne poziomy, i to jest subiektywna atrakcyjność, tylko z obiektywną jest już gorzej, bo przecież niewielki jest w tym sens, co on jednak czuje i próbuje na przykład tworzyć dookoła tego zajęcia grupy czy organizacje, czyli dodać mu obiektywnej atrakcyjności.

A co się dzieje, kiedy to, co robię, jest społecznie docenione, natomiast ja sama nie mam poczucia, że to jest przyjemne i ważne?

To niezbyt zdrowa sytuacja. Poczucie braku subiektywnej atrakcyjności coś oznacza i warto się zastanowić co. Niekoniecznie jest aż tak beznadziejnie, jak nam się w takich momentach zdaje, czyli że źle wybrałam zawód i męża, źle wychowałam dzieci, a przyjaciele nie są przyjaciółmi. Chodzi raczej o sposób, w jaki z tym mężem, dziećmi i pracą żyjemy - na co sobie pozwalamy, co jest wykluczone, do czego się od lat wbrew sobie przymuszamy.

O sensie życia w latach 90. pisał sporo amerykański psycholog społeczny Roy Baumeister, co od tamtej pory zostało potwierdzone licznymi badaniami. Baumeister uważał, że człowiek doświadcza poczucia sensu, jeśli czuje się w miarę pewnie na większości spośród czterech wymiarów życia.

Jakie to wymiary?

Po pierwsze, musi mieć poczucie celowości, czyli że to, co robi teraz, przyczynia się do czegoś sensownego w przyszłości - dla niego samego, dla jego bliskich, dla świata.

Nawet jeśli teraz może się to wydawać nużące. Na przykład jestem na stażu, zajmuję się głównie parzeniem kawy i dostarczaniem kserówek, ale wiem, że jak w tym miejscu pobędę, to się czegoś nauczę i to spowoduje, że moje zawodowe możliwości się zwiększą. Albo wybieram trudne studia, żeby za parę lat uprawiać zawód, na którym mi zależy. Wychowywanie dzieci bywa czasem irytujące i jałowe, ale mam nadzieję, że w przyszłości na coś to się przyda, wyrosną z nich fajni, niezależni, mądrzy ludzie. Oczywiście można poczucie sensu utracić, jeśli okaże się, że nasz wysiłek nie doprowadził do tego, co założyliśmy. Czyli na przykład dobrej pracy wciąż nie ma, a dorosłe dzieci wzbudzają więcej niepokoju niż satysfakcji. I to nas prowadzi do drugiego wymiaru.

Czyli?

To poczucie własnej sprawczości. Oznacza to, że mam kontrolę nad tym, co robię, i że z grubsza osiągam takie rezultaty, jakie bym chciała. Akurat w rodzicielstwie często przeżywa się kryzysy w tym obszarze, dzieci pokazują nam dobitnie, że o sprawczości nie ma mowy. Poczucie braku sprawczości dotyka również wielu wykształconych młodych bezrobotnych.

Trzeci warunek to wartościowość, czyli że to, w co się angażujemy, jest co najmniej niesprzeczne, a najlepiej zgodne z naszym systemem wartości.

A czwarty wymiar to budowanie samooceny, czyli że to, co robimy, jak żyjemy, pozwala nam myśleć o sobie lepiej, niż gdybyśmy tego nie robili.

Czy jest możliwe, żeby wszystkie te warunki zostały spełnione jednocześnie?

No właśnie, zastanawiałam się nad tym i przyszedł mi do głowy przykład dość zaskakujący, zwłaszcza dla kobiecego pisma.

Jaki?

Stworzona przez Sienkiewicza postać Stasia Tarkowskiego z ‘‘W pustyni i w puszczy’’.

Faktycznie, dość egzotyczny…

Ale dobrze ilustruje te cztery wymiary.

Staś Tarkowski niewątpliwie miał poczucie celu: jak przejdzie przez Afrykę z siedmioletnią Nel, to uratuje ją i siebie też, wprawdzie jest to bardzo trudne, trzeba zabić człowieka, lwa, znieść wiele przeciwności, ale cel jest sensowny. Po drugie - poczucie sprawczości też jest zapewnione, bo Staś jest skuteczny. Po trzecie - niewątpliwie jest to zgodne z jego wartościami, bo on chroni życie dziecka, które zostało mu powierzone pod opiekę. I po czwarte - budowanie samooceny: Staś z pewnością mógł mieć poczucie, że się sprawdza, nie każdy, zwłaszcza w jego wieku, by sobie tak poradził, a do tego jeszcze rozsławił w świecie dzielność i rycerskość młodych Polaków, bo taki chyba był ‘‘piarowski’’ zamysł Sienkiewicza.

Nie każdy jest jednak Stasiem Tarkowskim i zostaje postawiony w tak ekstremalnej sytuacji.

No właśnie, na ogół w ekstremalnych okolicznościach ten sens życia czujemy. Ale sytuacje, kiedy wszystkie cztery warunki są spełnione, bywają sporadyczne i odczuwamy je jako wyjątkowe. Na co dzień borykamy się z tym, że jeśli jeden obszar jest w porządku, to drugi nie. Możemy na przykład być aktywistką polityczną i uważać to, co robimy, za bardzo ważne, tylko doświadczamy skuteczności bliskiej zera. Albo w zgodzie z naszymi wartościami działamy na rzecz całkowitego i bezwarunkowego zakazu procedury in vitro, tylko że cierpimy przy tym poniżenie, bo ważni dla nas ludzie uważają nasze działania za szkodliwy fundamentalizm.

Są ludzie, którzy radzą sobie z tym, że wszystkie cztery elementy naraz nie są spełnione, a są tacy, którzy z tego powodu bardzo cierpią.

To nie całkiem tak jest, że niektórzy radzą sobie lepiej, a inni gorzej. Raczej jest tak, że niektórzy bardziej zadbali o to, żeby ich życie było bliższe temu, co dla nich osobiście ma sens. Mają poczucie, że dobrze inwestują swój czas i zasoby, że mają z tego zyski.

Inwestują? Rozmawiamy o sensie życia.

Ale my przecież mamy taki ekonomiczny stosunek do życia, nie do końca może uświadomiony. Ktoś mówi na przykład: ‘‘Marnotrawisz takie zdolności!'’, albo: ‘‘Nie inwestuj więcej w ten związek, zrób bilans zysków i strat’’. Mnie ostatnio powiedziała pacjentka, około pięćdziesiątki, która przyszła z mężem na konsultację: ‘‘Ja byłam taka ładna, tak się podobałam, mogłam mieć każdego, a wyszłam za tego tu o! Sama pani widzi!'’. Ona miała poczucie, że źle zainwestowała swoje zasoby i że jej życie ma przez to mniej sensu, niż gdyby skorzystała z lepszej oferty.

Czy to znaczy, że ci, którzy lepiej ‘‘zainwestowali’’, lepiej znali swoje potrzeby?

Mogli być bardziej wrażliwi na to, czy żyją w zgodzie ze sobą, czy nie, brać większą odpowiedzialność za to, w którym kierunku pójdą.

Jeżeli zgłasza się do mnie kobieta, która mówi, że jej życie nie ma sensu - tamto jest niedobrze i to nie tak, ona źle się z tym czuje, ale obiektywnie wszystko ma - to sądzę, że pewnie jednak nie wszystko. Widocznie czegoś ważnego jej brakuje, tylko nie zawsze ma się tego świadomość.

I co wtedy?

Trzeba by się przyjrzeć, co takiego w jej życiu jest źródłem smutku, poczucia straty, rozpaczy.

Przychodzą do pani pacjenci z takim postulatem?

Przychodzą raczej ze skargą, że jest im ciężko, ale nie wiedzą dlaczego. Mają jakieś objawy albo chodzą rozdrażnieni, nie śpią, za dużo piją, wybuchają złością.

I jak się podrąży, to co tam widać?

Nie jest tak, że ta osoba za dużo chce albo że jest kapryśna. Tu nie chodzi o to, że zamiast być primabaleriną, ona marnuje się w marketingu, a do tego dzieci nie wygrywają olimpiad językowych i robią bałagan. To jest dojmujący brak, poczucie jałowości własnego istnienia. Ale czasem trudno jej to nawet samej przed sobą przyznać, bo uważa to za wstydliwe albo nie do zmiany.

To co to może być?

Odwołam się tutaj do kanonicznego przykładu.

Pani Bovary?

No właśnie. Miała kochającego, oddanego męża, dostatnie życie, zdrowe dziecko, uchodziła za piękność i mogła spełniać swoje pragnienia. A jednak czegoś jej brakowało, szukała tego i doprowadziła siebie i rodzinę do dramatycznego końca. Można pomyśleć, że miała niedojrzałe potrzeby, jakieś wymyślone fantazje, infantylne marzenia o narcystycznej gratyfikacji i że w związku z tym nie odnajdowała się w realnym życiu. Ale jeśli spojrzeć na to inaczej? Może jakiś rodzaj jej potencjału, na przykład artystyczne zdolności albo pragnienie bycia kochaną inaczej, niż mógł jej zaoferować mąż - postać, prawdę mówiąc, mało inspirująca - nie zostały zrealizowane? I nie mogły być akurat w tym małżeństwie, które ona dość młodo zawarła. Ktoś powie, że przecież mogła zająć się domem, ogrodem i rodzić dzieci, ale widocznie to nie wystarczało. Zamiast cierpieć w milczeniu i znosić kobiecy los, wybrała inną drogę: zdradę, kłamstwo, sprzeniewierzenie. Myślę, że na swoją miarę dramatycznie poszukiwała sensu życia.

To chyba dość typowa reakcja na frustracje?

Ja bym nie lekceważyła tego poczucia niespełnienia, nie sprowadzała go do kaprysu czy fanaberii ani u Emmy Bovary, ani u współczesnych kobiet, u mężczyzn zresztą też. Za tym zwykle stoi prawdziwe cierpienie, tylko że ono nie zawsze jest uchwytne, niegdyś łatwiej było potępić wiarołomczynię, dziś np. infantylną gąskę, niż dostrzec ich racje i pułapkę, w którą wpadły. Można spojrzeć na panią Bovary jako na prekursorkę idei samorealizacji. Tylko że samorealizacja jest tu przeciwstawiona dobrej więzi z innymi, poczuciu przynależności.

‘‘Ja’’ przede wszystkim?

Susan Johnson, chyba najbardziej znana współczesna psychoterapeutka par, mówi, że w naszych czasach samorealizacja rozumiana jest jako antyteza bycia w związku, tak jakby sens życia miał być przez każdego znajdowany indywidualnie, w oderwaniu od relacji z innymi. Zapatrzona w nadzieję samorealizacji, która nada mojemu życiu sens, odkładam to, co, jak sądzę, przeszkadza, a wiąże się z bliskością, przynależnością.

Może bliskość przyjdzie później?

Może. Byle nie za późno, bo podstawową potrzebą ludzką i najważniejszym bodźcem rozwojowym jest jednak więź z drugim człowiekiem. Coraz więcej badań na to wskazuje, również na poziomie neurologicznym.

Tych dwóch sfer - samorealizacji i bycia z kimś - nie da się pogodzić?

Często te dwie sfery przeżywa się kolizyjnie: albo realizujemy nasze pragnienia i robimy to, co chcemy, albo mamy więź i wtedy z tego rezygnujemy. Nie bardzo potrafimy znaleźć między jednym a drugim kompromis. Czują to szczególnie pary, którym rodzi się dziecko.

Większość ludzi jakoś te dylematy z czasem rozwiązuje. Rozumiem, że problem pojawia się wtedy, kiedy kompletnie rezygnuje się z samorealizacji albo z więzi?

A do tego uznaje się, że jeśli więź, to tylko jedna. Pamiętam pacjentkę, dla której w życiu z różnych skomplikowanych powodów liczyła się tylko relacja z matką. Zrezygnowała z zainteresowań literackich, skończyła liceum medyczne, a potem studia pielęgniarskie, by móc się w przyszłości matką opiekować. Jej krótkie małżeństwo rozpadło się, gdy mąż odmówił przeprowadzenia się bliżej mieszkania mamy po śmierci jej męża. Matka była wtedy sprawna, ale dla pacjentki było jasne, że jej obowiązkiem jest zająć się mamą, kiedy została wdową. Nie miała dzieci, bo mama nie chciała być babcią. Po śmierci matki przeżyła głębokie kilkuletnie załamanie, którego głównym elementem było poczucie absolutnego braku sensu życia. Dlatego szukając tego sensu, warto pamiętać o zasadzie dywersyfikacji.

Bo po czasie może się okazać, że nic nam nie zostało?

Przede wszystkim dlatego, że jeżeli czerpiemy sens życia z tylko jednego obszaru, nawet bardzo ważnego, to kosztem innych, potencjalnie równie ważnych.

Inwestowanie wyłącznie w samorealizację chyba też nie jest zbyt opłacalne?

Samo uprzyjemnianie sobie życia na dłuższą metę nie jest satysfakcjonujące, bo jest związane wyłącznie z atrakcyjnością subiektywną. Sens życia jest tu pomylony z ciągłą intensywnością doznań i wysoką stymulacją. Jeżeli człowiek by w życiu tylko podróżował bez żadnego celu albo zarabiał po to, by wydać wszystko w klubach w czasie weekendu, to po jakimś czasie miałby poczucie bezsensu. Ale trudno byłoby mu zmienić styl życia, bo przyzwyczaił się do wysokiego poziomu stymulacji, a wtedy trudno przestawić się na czerpanie ze świata inaczej, mniej intensywnie. Podobnie jest, jeśli sens życia zastąpiony jest kolejnymi fascynacjami erotycznymi.

A czy nie jest tak, że dzisiejszy świat sprzyja takiemu życiu, mówiąc kolokwialnie ‘‘na maksa’’, i że to życie zwyczajnie dobre jest niedoceniane? Może my po prostu mamy nadmierne oczekiwania wobec tego, co życie nam może zaoferować?

Nie jestem pewna, czy rzeczywiście mamy nadmierne oczekiwania i czy świat tak się zmienił. Ludzie, którzy szukają dziś pomocy psychoterapeutycznej, nie sprawiają wrażenia bardziej zachłannych czy wymagających niż ćwierć wieku temu. Nie myślę, żeby ludziom przestało wystarczać zwykłe, dobre życie. Ale może trudniej je osiągnąć. Jedną z przyczyn może być narastający brak poczucia przynależności społecznej.

Kiedyś wartości i sens były określone przez to, że realizuje się pewien model od pokoleń. Po pierwsze, było jasne, gdzie się urodziłam, kim jestem, kim są moi rodzice, a po drugie, co z tego dla mnie wynika, jakie życie mnie czeka i co jest sensowne, a co nie.

Dzisiaj to już takie jasne nie jest.

Mamy znacznie większą mobilność społeczną. W Stanach Zjednoczonych ludzie przeprowadzają się po kilkanaście razy w ciągu życia, w Polsce też coraz bardziej tak to wygląda, więc poczucie zakorzenienia, więzi z grupą, którą rozpoznajemy jako naszą, się zmniejsza, w związku z czym zaczyna nam brakować oparcia, punktów odniesienia. Częściej doświadczamy poczucia zawieszenia w przestrzeni i wydaje się nam, że powinniśmy jakoś zaistnieć, pojawiają się też pytania: co po nas zostanie? Kiedyś widziało się, co zostawało po dziadkach i co jest ważne - ludzie pamiętają, że to byli dobrzy ludzie, że on był silny, tylko trochę się awanturował, jak wypił, a do niej wszyscy przychodzili, bo znała się na leczeniu. I to było jakoś kojące. A dziś trudniej uznać autorytet kogoś starszego i bardziej doświadczonego, bo młodzi często wiedzą i umieją więcej w niektórych obszarach, więc w tej bezautorytetowej pustce o sens trudniej.

Ale Polacy nadal deklarują w badaniach, że rodzina jest dla nich ważna. Może to być źródłem oparcia, nie wspólnota, ale mąż, żona, dziecko?

W jednych badaniach rzeczywiście deklarują, a z innych wynika, że małżeństwa się rozpadają, w rodzinach jest więcej agresji, mniej solidarnego wsparcia. Rodzina może skłaniać nas do poczucia odpowiedzialności, ale to nie jest tożsame z sensem.

Ciągle stajemy na jakimś rozdrożu: czy związać się z pierwszym mężczyzną, który jest nami zainteresowany, i traktować to poważnie, czy dać sobie czas na przyglądanie się? Mieć dziecko przed trzydziestką czy po trzydziestce? Jeść ekologicznie, wydawać na to więcej pieniędzy i poświęcać więcej uwagi czy nie przejmować się, kupować w markecie i odkładać na rodzinną podróż życia? Budować dom na działce teściów czy wynająć małe mieszkanie, na które nas stać? Kiedyś części tych pytań w ogóle nie było, bo wspólnota podsuwała nam gotowe odpowiedzi. A teraz, kiedy wreszcie dokonamy jakiegoś wyboru, zastanawiamy się: no, a może jakbym poszła w lewo zamiast prosto, to byłoby lepiej? A gdybym wtedy zadecydowała inaczej? Może ja swoje zasoby zmarnowałam i teraz nic już się nie zdarzy?

Bardziej czujemy się autorami naszego życia niż poprzednie pokolenia i w związku z tym więcej mamy do siebie pretensji, że nie wychodzi tak, jak byśmy chcieli.

To nie jest przypadkiem zachłanność?

Nie, raczej trudność uświadomienia sobie, co mi się w moim życiu nie podoba. Jeśli szukamy sensu, to nie zaczynajmy od tego, co by tu całkowicie odrzucić i zakwestionować. Kiedy kobieta, powiedzmy w wieku 40+, która odchowała dzieci, mówi nagle, że jej życie nie ma sensu, nigdy nie miało i że nie chce tego małżeństwa, na ogół ma na myśli, że coś boli, przeszkadza, uwiera, ogranicza. Ale nie wierzy, że to się może zmienić, więc w desperacji chce szukać sensu poprzez wyrzucenie na śmietnik części swojego życia.

No, ale jak przeżywa jakąś frustrację, to sama powiedziała pani, że coś w tym jest.

No pewnie, każdy ma w sobie coś z Emmy Bovary. Ale może nie jest tak, że całe jej życie jest do niczego, włącznie z mężem. Byłabym ostrożna z takimi nagłymi zmianami o 180 stopni, chociaż są to ulubione tematy pism kobiecych. Bo jeśli zaczynamy od tego, czego byśmy chcieli (a niby skąd mamy tak od razu to wiedzieć, jak dotąd tak niewiele próbowaliśmy), to zdarzają się zaskakujące wiraże. Pani, która pracowała w korporacji przez 20 lat, nagle zostaje pszczelarką i w tym odnajduje swój sens. Tyle że to jest opisywane, powiedzmy, rok po tym, jak ona tą pszczelarką została. A ja bym była ciekawa, co ona powie po 20 latach i czy w dalszym ciągu będzie uważała, że to była dobra decyzja. Może tak, ale gwarancji nie ma. Sam fakt nagłej zmiany niekoniecznie przyniesie sens życia na dłuższą metę, choć ekscytacja jest zapewniona.

Czyli co robić? Małymi krokami próbować?

Najpierw poważnie się zastanowić, czego naprawdę szukamy. Od czego chcemy uciec i czy rzeczywiście, krzątając się między ulami, pozbędziemy się dręczącego nas bezsensu. Zanim zrobimy rewolucję, zobaczmy, co nas w życiu rozczarowuje i odbiera sens. Może ktoś czuje się niekochany i to wszystko by inaczej wyglądało, gdyby miał poczucie, że jest obdarzany miłością, że jest dla kogoś ważny?

Czasami, zwykle między trzydziestką a czterdziestką, pojawia się taka myśl: zaraz, i to już wszystko? To już cała miłość, która mi się w życiu należała? Związek to ma być tylko tyle? A z tymi dziećmi to już tak zawsze ma być? Niby rosną, ale w gruncie rzeczy ciągle mam je obsługiwać. Praca to tylko tyle? Codzienne borykanie się z szefem? Z zawistnym kolegą? Nierozgarniętymi klientami?

No i jeżeli odpowiedź brzmi: ‘‘Tak, to by było na tyle’’, to co wtedy?

Pytanie jest inne: ‘‘Co ja takiego zrobiłam, jak to swoje życie skonstruowałam, że pojawia mi się słowo »tylko «? Skąd we mnie tyle goryczy, rozpaczy, poczucia jałowości?'’.

Jeśli młoda matka spojrzy z zazdrością na swoją koleżankę ze studiów, która biega na wszystkie premiery, ma czas, żeby czytać najnowsze książki, robi karierę, i czasem pomyśli sobie: ‘‘No tak, czasem bym się z nią zamieniła’’ - to to jest normalne. Natomiast jeśli ta sama matka w każdej wolnej chwili myśli, że jej życie jest bezsensowne, bo nie może robić tych wszystkich pasjonujących rzeczy, to gorzej. Trzeba ją zachęcić, żeby się zatrzymała i przyjrzała, jak ona to swoje życie poprowadziła i jaki ma wpływ na to, żeby zmienić to, co może zmienić, bo bezdzietną singielką już nie będzie.

Może też wybrać uciekanie w fantazje i w tych fantazjach swój potencjał realizować.

Ale sensu życia w ten sposób nie uzyska. Takie ucieczki w marzenia mogą być nałogowe i odrywać nas od prawdziwego życia. Zmiana wiąże się z ryzykiem, wysiłkiem, konfrontacją. Część ludzi woli tkwić w tym, co mają, nawet jeśli jest to pozbawione sensu i ich unieszczęśliwia, niż się zdobyć na taką konfrontację, bo mogą usłyszeć na przykład, że to, czego chcą, to kaprys, albo że niczego nie da się zmienić.

I co wtedy? Jeśli tkwią w tym swoim poczuciu bezsensu?

Niektórzy szukają znieczulenia. Inni oczekują od otoczenia, że im ten sens zapewni. Jeszcze inni wycofują się i zapadają się w siebie. Tyle że te wszystkie strategie radzenia sobie w najlepszym wypadku działają objawowo, więc są ciągłe nawroty, a z nawracającym poczuciem braku sensu dobrze żyć się nie da.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

“Jesień” - najnowsza książka Karla Ove Knausgarda

Kup teraz


Tags: psychology psychoterapia

Home