Roman Paszke
**Ekipa EkstRemalna to sześć niezwykłych osób, które ruszają w Polskę na pokładach dwóch samochodów: Magda, Franek i Michał w Renault Kadjar oraz Marlena, Dominik i Damian w Renault Captur. Ich celem jest przeżycie niezwykłych, ekstremalnych, sportowych doznań, które dzięki bogatym relacjom foto/video na długo zapadną w pamięć nie tylko samym uczestnikom tych wyjazdów. **
Roman Paszke - jachtowy kapitan żeglugi wielkiej. Żeglarz regatowy, nawigator, budowniczy jachtów. Ponad 40 lat doświadczenia w żegludze morskiej. Przepłynął ponad 90 tysięcy mil w rejsach oceanicznych, w tym samotnie przez Atlantyk na trasie Cadiz (Hiszpania) - Nowy Jork (USA).

fot. Franek Przeradzki
Dominik Szczepański: Co panu daje morze w życiu codziennym?
Roman Paszke: Dystans. Rzeczy, które na lądzie wydają mi się istotne, na morzu znikają. Czyszczę organizm. Czuję z kilkudziesięciu mil jak brzeg cuchnie. Na morzu piję czystą, odsoloną wodę. Chudnę o kilka, kilkanaście kilogramów. Posiłek się tam celebruje. Zapominam się o złych nawykach żywieniowych.
Bałtyk robi jeszcze na panu wrażenie?
Jaki był pański najgroźniejszy moment na morzu?
To był mój najtrudniejszy moment na morzu. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, co się tak naprawdę dzieje. Widzieliśmy w nocy czerwone łuny, znak, że ktoś strzela racami. Urwało nam antenę UKF, nie mieliśmy łączności.
Kto pana zabrał pierwszy raz na łódkę?
**Kim był pana ojciec? **
Czego nauczył pana ojciec?
Czym był dla pana ten klub?
Twierdza Wisłoujście leży ok. kilometra od plaży, była kiedyś latarnią morską. To tam mieścił się nasz klub.. Przez wiele lat opierała się najeźdźcom. Najbardziej zniszczyli ją pod koniec wojny Rosjanie. W podziemiach znajdowały się składy Dagomy. Dagoma, czyli Danziger Gemüse, Obstkonserven und Marmeladen-Fabrik. Produkowali marmoladę, dżemy, musztardę. W PRL-u nikt chyba nie zadał sobie trudu, by rozwinąć ten skrót i nazwa Dagoma przetrwała. Za czasów Piotra Jaroszewicza [premier PRL w latach 1970] zbudowano obok Siarkopol. Pamiętam, że z Warszawy przyjeżdżali naukowcy i wieszali czujniki na metalowych tyczkach. Gdy wracali dwa tygodnie później, to czujniki i tyczki były wyżarte przez siarkę i ich resztki leżały na ziemi.
W tej chwili Twierdza jest odnowiona. Nasz klub mieścił się w jej wewnętrznej części. W lecie pływaliśmy, w zimie naprawialiśmy sprzęt.
Pamięta pan swój pierwszy jacht?
fot. zbiory prywatne
A co się stało z “Ranewidem”?
Dużo pan czytał o żeglarstwie?
Poznał go pan?
fot. zbiory prywatne
**Jak to się stało, że zaczął pływać pan poza Polską, w najważniejszych regatach świata? **
Czym się różniły kadłuby?
Ile kosztuje?
W końcu przyszła trzecia odpowiedź - pisał Rolf Vrolijk, właściciel firmy projektowej z Hamburga. Pisał: “Drogi Romanie, przyślij proszę bilety Hamburg-Gdańsk-Hamburg. Przylecę. Porozmawiamy o projekcie”. Bilet lotniczy kosztował 800 marek. Zbieraliśmy pieniądze trzy tygodnie. Przyleciał. Wsiadł do “malucha”. Z nerwów urwałem linkę. Podniosłem klapę, uruchomiłem silnik. Zaśmiał się: “Roman, ty się na tym znasz?”. Przejechaliśmy obok “Falowca'', który był wtedy chyba najdłuższym budynkiem na świecie. Powiedziałem mu wtedy to z dumą, a on: “Roman, dobrze, ale po co?''. Przyjechaliśmy do hotelu, chciał zadzwonić do domu. Znów bardzo się zdziwił, kiedy usłyszał, że na połączenie będzie musiał poczekać osiem godzin.
Kolacja przeciągnęła się do czwartej rano. Rolf okazał się stuprocentowym Słowianinem. Chciałem rano pokazać mu łódkę, ale on chciał się wyspać. Potem się dowiedziałem, że wcale nie spał, tylko pojechał taksówką zwiedzać Trójmiasto. Zobaczyć gdzie “wylądował”. Czas mijał. Odwiozłem go na lotnisko, gadaliśmy o wszystkim, tylko nie o projekcie. Zebrałem się. Już miałem go pytać, gdy wypalił: “Paszke, no przecież, projekt!”. Wyciągnął teczkę, a w środku były plany. “Roman, to jest prezent od mojej firmy dla twojej”.
Dał mi projekt. To był październik. W styczniu pojechaliśmy na targi do Düsseldorfu, Rolf kazał przywieźć projekt.
Po co?
Trzy miesiące później kadłub był gotowy. Pomalowaliśmy go tak samo, jak stary. Nic nie powiedzieliśmy w klubie. Nikt się nie zorientował.
fot. zbiory prywatne
Budując “Gemini”, nie miałem w ogóle pojęcia, że trafimy do tak wysokiej klasy regatowej. W 1990 roku pojechaliśmy na mistrzostwa świata. Zacumowaliśmy w Marstrand. Zacząłem przyglądać się, kto stoi obok nas. Hasso Plattner, właściciel międzynarodowego przedsiębiorstwa informatycznego SAP, Larry Ellison współzałożyciel Oracle, które teraz jest drugim największym sprzedawcą oprogramowania na świecie. Pod względem ekonomicznym, nie mieliśmy z nimi szans. Byliśmy kopciuszkiem. I to było dobre.
Dlaczego?
Inny przykład: przyszła ciężka noc i połamało się kilka masztów. Dla nich to było nic wielkiego, a my nie mieliśmy zapasowego. Maszt kosztował 80 tys. dolarów. Wracam z biura regat i patrzę, a przy “Gemini” stoi z 50 dziennikarzy. Błyskają flesze. Myślę: “oho, nic, tylko chłopcy coś zmajstrowali”. Na pokładzie siedzi Misiu, nasz bosman. Pije mazowszankę, pali klubowego. A na łódce nie wolno było palić. Naprzeciwko niego siedzi wysoki facet. I tak samo - pije mazowszankę, pali klubowego. Misiu mówi: “zobacz, Romek, jaki fajny facet. Podarował nam swój zapasowy maszt, żebyśmy mieli na czym skończyć regaty”. A mnie zatkało. Mówię: “Misiu, to nie jest fajny facet, to jest Harald, następca tronu Norwegii''.
Od tamtej chwili Harald był dobrym duchem naszej łódki. Cieszył się, kiedy rok później znaleźliśmy sponsora - Bank Inicjatyw Gospodarczych. W 1992 roku na mistrzostwach świata w Kopenhadze walczyliśmy o pierwszą dziesiątkę. Na zakończenie regat przyszedł Harald. Dwa miesiące wcześniej zmarł mu ojciec. Nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Powiedział: “Moi drodzy, chciałem się z wami pożegnać. Spędziliśmy razem na żeglowaniu kilka lat, ale na tym koniec. Zmarł mój ojciec i muszę zostać królem.”
Kilka miesięcy później okazało się, że jednak wrócił na pole startowe tym razem w naszej nowej klasie morskiej ILC 40. Startowaliśmy na “MK Cafe”, jachcie, na którym często kawa miała smak zwycięstwa.
Sponsoring to ważny element w sportach, gdzie występuje drogi, techniczny sprzęt. Wszędzie tam, gdzie jest szansa na kilka lat wsparcia, pojawiają się wyniki. Dlatego dla mnie ważne są długoterminowe kontrakty. Takim przykładem partnerstwa jest współpraca z Renault. Jesteśmy już razem osiem lat. Poznałem wiele produktów tej firmy. Mam swoje sentymenty np. Koleos - auto dla żeglarza. Od kilkunastu miesięcy, czyli od czasu, gdy urodził mi się syn Eryk, testuję auto rodzinne - nowy Espace Initiale. Komfort, który polubił też Eryk.
fot. Franek Przeradzki
Dwa razy próbował pan pobić rekord świata w samotnym rejsie dookoła świata. Spróbuje pan jeszcze raz?
**- **Cały czas o tym myślę. Jeśli uda się wszystko zaplanować, to spróbuję. Moi koledzy - żeglarze francuscy - mają wiele prób nieudanych i nie rezygnują.