Home

kiedy trudno jest kochać własne rodzeństwo

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Amerykański fotograf Nicholas Nixon przez 40 lat co roku robił jedno zdjęcie żonie i jej trzem siostrom. Na kilku pierwszych fotografiach, gdy siostry mają naście i dwadzieścia kilka lat, widać między nimi napięcie - niektóre pozują zwrócone bokiem do siebie, krzyżują ręce, mają ponure miny. Na tych z ostatnich lat, kiedy są już po sześćdziesiątce, jest między nimi czułość - przytulają się, zwracają ku sobie. Nie znam historii ich relacji, ale samo to, że co roku uczestniczą w tym projekcie, o czymś świadczy. To nie są fotografie typu “z rodziną najlepiej na zdjęciach”

Nie widziałam tego projektu, ale ta obserwacja pokrywa się i z badaniami, i z moim doświadczeniem terapeutycznym, z których wynika, że rodzeństwo jest nam najbardziej potrzebne dopiero po 30., 40. roku życia, właściwie dopiero wtedy, albo i później, mamy największą szansę przeformułować te relacje, jeśli wcześniej nie były zbyt dobre. Zwłaszcza jeśli potraciliśmy ważnych ludzi - rodziców, małżonków, dzieci, przyjaciół - bo wtedy silniej konfrontujemy się z przemijaniem i pojawia się tęsknota za bliskością z kimś, kto nas zna od początku. Z kim mamy wspólną historię.

I z kim można powspominać, jak to było naprawdę?

To jest możliwe pod jednym warunkiem: jeśli każde z rodzeństwa będzie w stanie przyjąć opowieść brata czy siostry o tym, jak to jego zdaniem “było naprawdę”. I zaciekawi się nią, zamiast bronić swojej prawdy na ten temat. Takie otwarcie zbliża i wzbogaca, bo wtedy możemy spojrzeć na rodzinę, ale też na siebie, innymi oczami. Dowiedzieć się na przykład, że nasza mama nas tuliła, a ojciec nosił na barana, chociaż my tego nie pamiętamy, albo że bywaliśmy złośliwi czy zazdrośni.

Czasem jednak ktoś nie chce dopuścić innej opowieści niż własna.

Bywa, że któreś z rodzeństwa jest zafiksowane na swojej wersji, bo ona pomaga mu/jej w jakiś sposób, dobry bądź nie, iść przez życie i mieć względnie przyzwoite mniemanie o sobie. Może być też tak, że rodzeństwo jest przesiąknięte narracją rodziców, ponieważ oni nadal są dla nich bardzo ważnymi postaciami i kwestionowanie ich wersji byłoby nie do zniesienia. Wszyscy nosimy w sobie mnóstwo projekcji i zaprzeczeń, zwłaszcza jeśli coś było dla nas trudne, bolesne, i często nie chcemy usłyszeć tego, co by nam o tym bólu przypomniało. Ale żadne z dzieci, nawet w najbardziej kochającej się rodzinie, nie ma identycznego doświadczenia tej rodziny.

Jak to rozumieć?

Dzieci rodzą się na różnych etapach życia rodziny. Inna jest rodzina z jedynakiem, inna, kiedy jest brat czy siostra, a jeszcze inna, kiedy dziecko rodzi się w wielodzietnej rodzinie, na przykład w dużym odstępie czasu. Wtedy tak naprawdę chowa się jak jedynak, a jego rodzeństwo pełni raczej funkcje rodzicielskie. Podobnie jest z dzieckiem, które ma więcej niż sześć-siedem lat i dopiero wtedy rodzi mu się siostra czy brat. Ono też ma często cechy jedynaka, bo osobowość, w tym zdolności interpersonalne, kształtuje się przez pierwsze sześć-siedem lat życia. A jeśli taki “jedynak” był oczkiem w głowie całej rodziny i nie nauczył się konfrontować z odmową, to do końca życia może się nie pogodzić ze stratą związaną z pojawieniem się rodzeństwa.

Przemoc w szkole to długotrwałe “wydziobywanie” dziecka z grupy. Jeden szykanowany Staś w końcu odda, a drugi przez lata będzie rano wymiotował

Ważna też jest relacja między rodzicami. Czy dziecko pojawia się, kiedy są w sobie zakochani, czy kiedy walczą o władzę, czy dlatego, że jedno z nich chce w ten sposób zażegnać kryzys w związku. Ważna jest płeć - bo mimo iż wielu rodziców deklaruje podejście równościowe, to różnice w traktowaniu córek i synów są często silniejsze od chęci. Ważne jest, jaką historię swoich rodzin wnoszą do związku rodzice. Jakie były ich relacje z rodzicami, z rodzeństwem i jak w wyniku tego odnoszą się do swoich dzieci. To wszystko sprawia, że te dziecięce narracje mogą być różne. Pewne jest natomiast to, że kolejność narodzin jest istotna.

Pierwsze jakie jest?

Przy pierwszym rodzice chcą udowodnić, że podołali tej roli, więc często bardzo się na nim skupiają, czasem ograniczając jego spontaniczny rozwój. Do tego dochodzą świadome lub nieświadome oczekiwania, by było najlepsze, najmądrzejsze, najpiękniejsze. I pierwsze dziecko najbardziej czuje, że powinno tym oczekiwaniom sprostać. Najmocniej też się z rodzicami identyfikuje, co widać po tym, jak traktuje młodsze rodzeństwo, często bezrefleksyjnie powielając “metody wychowawcze” rodziców. Z reguły ma więcej cech przywódczych niż kolejne dzieci i dba o to, żeby coś osiągnąć. Bywa, że jest nadobowiązkowe i nadodpowiedzialne. Większość najstarszych dzieci wchodzi w tę rolę, chyba że z różnych powodów nie jest w stanie, np. jest chore, wtedy kolejne dziecko będzie się starało wypełnić to miejsce.

Co się dzieje, kiedy w życiu najstarszego pojawia się brat lub siostra?

Przeżywa to, że “zostało zrzucone z piedestału”, bo przez jakiś czas było tym jedynym, tym ukochanym dzieckiem. Chociaż jako jedyne z dzieci nie musi walczyć o swoje miejsce. Ma to miejsce nadane - jest pierworodne. Każde następne musi swoją pozycję wywalczyć.

W odniesieniu do rodzeństwa często mówi się o rywalizacji. Czasem jest ona wzmacniana przez rodziców, o czym powiem później, ale przede wszystkim wynika ze struktury rodziny. Każde kolejne dziecko musi jakoś określić swoją pozycję w tym, co zastaje.

Środkowe?

Przy nim rodzice mają już doświadczenie, więc zwykle zostawiają mu więcej luzu, mają mniej oczekiwań, ale ono samo może się czuć mniej ważne. Często ma kompleks, że choćby się bardzo starało, to i tak nie dorówna starszemu bratu lub siostrze. Każdy chce być wyjątkowy i uznany, więc jeśli rola “idealnego” dziecka jest już zajęta przez najstarsze, to zdarza się, że środkowe może chcieć inaczej się wyróżnić i np. wybiera bycie dzieckiem “problematycznym”.

Na ile ten wybór jest świadomy?

To nie jest tak naprawdę wybór, to się dzieje nieświadomie. Zdarza się też, że jeśli środkowe dziecko okaże się zdolniejsze, “grzeczniejsze” od starszego, to może zacząć z nim ostro rywalizować, walcząc o pozycję “pierwszego”.

Czytałam, że te środkowe dzieci bywają dobrymi mediatorami.

Bo często muszą się “układać” ze starszym i młodszym rodzeństwem, a czasem mediować między nimi, mają zwykle więcej empatii i lepsze zdolności komunikacyjne. Najmłodsze dziecko ma z reguły przypisaną rolę “maskotki”. Dostaje mnóstwo uwagi i zainteresowania i od rodziców, i od rodzeństwa. W efekcie często wchodzi w życie z poczuciem, że jak czegoś chce, to to dostanie. Jak straci pracę, to rodzeństwo wesprze finansowo. Jak będzie potrzebna opieka do jego/jej dzieci, to dziadkowie się zajmą itd.

Ma poczucie, że to mu się należy?

Że niespecjalnie musi się o to starać. Robiłam kiedyś warsztat o rodzeństwie dla studentek i te kobiety, które były najmłodsze w wielodzietnych rodzinach, wszystkie miały poczucie, że chcieć znaczy dostać. Nie rozumiały koleżanek, które mówiły, że może być inaczej. Nie wyobrażały sobie np., że nie będą miały faceta, i wszystkie były w związkach! Te najmłodsze dzieci często też odpuszczają wyścig o sukces. Im wystarczy, że są. Nie muszą nic udowadniać, więc jak brat zostaje profesorem, a siostra lekarzem, to ta najmłodsza może być np. fryzjerką i będzie się z tym czuła dobrze.

Te cechy wynikające z kolejności urodzeń zawsze się sprawdzają?

To nie jest reguła, ale często tak. Tę hierarchię wywracają ważne zdarzenia w rodzinie, np. śmierć albo choroba jednego z rodziców. Wojna. Traumatyczne doświadczenia. Jeśli np. najstarsze dziecko nie jest pierwszym, bo przedtem jedno zostało poronione albo zmarło, to może wtedy wejść w życie z bagażem nie swoich oczekiwań i z nieświadomym żalem rodziców, że jednak nie jest tym, które zmarło.

Jaką jeszcze rolę odgrywa rodzeństwo w kształtowaniu naszej tożsamości?

Wpływa na to, jak układamy sobie relacje z ludźmi. To w rodzeństwie uczymy się walczyć, godzić, przyjmować cudzą perspektywę, rezygnować ze swojej, szanować inność.

A jeśli ta relacja jest trudna? Jeśli np. jest rywalizacyjna? Jak to się może przekładać na przyszłe relacje?

Dam przykład pacjentki, która zawsze musiała ustępować niewiele młodszemu bratu, bo - jak tłumaczyli rodzice - jest nerwowy i ma trudny charakter. Dzisiaj ona już wie, że urodziła się po to, aby jej rodzice mogli być ze sobą, bo rodzina ojca nie wyrażała na to zgody. Ona była po to, by do tego małżeństwa doszło. Dopiero jej brat mógł być dzieckiem w tej rodzinie. I był. Całkowicie absorbując matkę, która już nie miała miejsca dla pierworodnej. Kiedy między rodzeństwem były konflikty, starszej nikt nie wspierał, a brat dostawał, co chciał. Gdy dziewczynka dorosła, “psuła” relacje z innymi, bo z góry była uprzedzona, że będą chcieli jej coś zabrać.

Tak jak młodszy brat zabierał jej mamę?

Albo zabawki.

Mówiła pani, że płeć ma znaczenie. Często słyszę od kobiet, które miały braci, że czuły się mniej ważne dla matek. I że wciąż nie mogą tego przeboleć.

To wynika z kultury. W niektórych rodzinach, szczególnie tych tradycyjnych, chłopiec ma większą wartość - jest kimś, kto przenosi nazwisko, czyli nadaje ciągłość rodzinie. W czasach, kiedy kobiety nie zarabiały, w razie nieobecności ojca mógł go zastąpić, zarobić na dom. W związku z tym miał większe prawa - mógł rozrabiać, lenić się, grymasić, a kobiety, także jego siostry, miały go obsługiwać. Lepsze traktowanie syna przez matkę często wynika z jej nieświadomego przekonania, że dopiero jak urodzi mężowi chłopca, to go zaspokoi, mimo że jemu jest wszystko jedno.

To gorsze traktowanie córek nie wynika też z tego, że matki wyżej stawiają im poprzeczkę?

Bo sobie też ją wyżej stawiają. Tak też bywa. Może być i tak, że matka miała starszych braci, którzy nosili ją na rękach, więc idealizuje chłopców, lepiej się z nimi dogaduje, a z córką jej trudniej, bo np. do tego rywalizowała z matką. Ale może być tak, że ta kobieta była w domu niezauważana, nieszanowana, bo wszyscy się zachwycali jej bratem, więc kiedy rodzi córkę, chce jej tej “niewidzialności” oszczędzić. Faworyzuje ją, niczego od niej nie wymaga, a w efekcie dziewczynka staje się nieodpowiedzialna. Podobnie z ojcem. Jeden będzie chronił córkę, bo z rodziny wyniósł przekonanie, że “mężczyzna stoi na straży cnoty i bezpieczeństwa kobiety”, drugi będzie córkę rozpieszczał, a syna musztrował, bo “mężczyzna musi być twardy”. Te układanki są bardzo skomplikowane, więc każdą rodzinę należy oglądać osobno.

*Rys. Agata Królak *

Mówi pani, że rywalizacja to nieodłączny element bratersko-siostrzanej relacji. Jak powinni się zachować rodzice, żeby nie szkodzić?

Powinni przyjąć opowieść każdego z dzieci - jego krzywdę, poczucie niesprawiedliwości. Jeśli będą w stanie usłyszeć i uznać, że “on mi zabiera zabawki”, “on mnie bije” czy “ona mi przeszkadza”, jeśli zamiast zamykać dziecku usta, bagatelizować to, co czuje, albo rozgrywać to do swoich celów, będą umieli powiedzieć: “Ja cię wysłucham”, “Współczuję ci”, “Rozumiem, że masz go dość” - to w ten sposób będą wzmacniać więzi między rodzeństwem. Bo gdy ta krzywda zostanie przyjęta, a nie spacyfikowana, można usiąść, porozmawiać o tym, co się stało, poszukać rozwiązania. Dzięki temu dzieci uczą się patrzeć na daną sytuację także z cudzej perspektywy i nie zasklepiają się w poczuciu krzywdy.

A jeśli ta krzywda nie zostanie przyjęta?

Jeśli rodzice ją podsycają lub uznają np., że młodsze dziecko ma prawo się skarżyć, a to starsze musi to zrozumieć i we wszystkim ustępować, albo będą mieć jedną odpowiedź na wszystko: “Nie przesadzaj!”, to spowodują, że rodzeństwo nie będzie miało możliwości się ze sobą ułożyć. A negatywne uczucia - niezrozumienia, niesprawiedliwego traktowania - będą w pierwszej kolejności adresować do brata czy siostry. Dopiero dużo później - i też nie zawsze - do rodziców. Bo małe dziecko za wszelką cenę chce rodziców chronić.

Kolejna sprawa to ocenianie i porównywanie: “Zobacz, jak siostra się dobrze uczy, a ty? Same kłopoty”, “Spójrz, jak ona pięknie maluje, a ty?”. Jeśli rodzice nie widzą indywidualności dziecka, tylko stosują takie metody wychowawcze do motywowania dzieci, wyrządzają im krzywdę, a na pewno nie pomagają w budowaniu dobrych relacji między dziećmi.

Wielu rodziców tym “ustąp mu” albo “daj mu spokój” chce uciąć konflikt, bo te kłótnie są męczące.

Bo to wymaga dojrzałości i czasu, a wielu rodzicom brakuje i jednego, i drugiego. Są też rodzice, którzy uważają, że takiej walki o ważność, o pozycję w rodzinie ma nie być i już. Wolą żyć w iluzji, że dzieci mają się tylko kochać i dogadywać. A przecież natura wyposażyła nas do tego, żeby przetrwać - walczymy i/lub adaptujemy się do środowiska, więc ta walka między rodzeństwem jest czymś naturalnym.

Może rodzice, gdy słyszą, jak syn woła do siostry: “Nienawidzę cię!” albo “Jesteś moim największym wrogiem!”, czują się zranieni, bo uznają, że się nie sprawdzili jako rodzice? Dlatego pacyfikują konflikt.

Może. A może się boją, że to, co usłyszeli, to prawda objawiona i że siostra czy brat naprawdę nienawidzą rodzeństwa? I że nie mówią tak tylko w tym konfliktowym momencie? Takie lęki zwykle przeżywają ci rodzice, którzy mają w głowie, że rodzina powinna być zgodna, wszystko ma być cacy, w związku z tym nie można się różnić, złościć czy w inny sposób odbiegać od wyobrażenia idealnej rodziny.

Bo to świadczy o nich?

Bo to świadczy o tym, że jesteśmy dobrą rodziną. Ale sądzę, że większą szansę na udaną rodzinę mają ci, którzy mówią wprost, co czują, co myślą, dają innym przestrzeń na różne uczucia, nie tylko te pozytywne, i zadają pytania, np. “No dobrze, a dlaczego ty mnie nienawidzisz? Co takiego zrobiłam? Pogadajmy!”. Negowanie tych uczuć, stwierdzenia rodziców typu “Nieprawda, że go nie kochasz, to twój brat, przeproś!” może prowadzić jedynie do tego, że rodzeństwo w dorosłości będzie się unikać albo gorzej - będzie sobie wrogie.

Wszyscy rodzice twierdzą, że kochają dzieci tak samo. Ale jak to właściwie jest, skoro tyle dzieci w dorosłości mówi, że czuło inaczej?

Mnie się wydaje, że wszyscy mają intencję, żeby kochać dzieci tak samo, ale to iluzja. Taka sama jak ta, że dobra rodzina to zgodna rodzina. Z każdym z dzieci mamy trochę inną relację, co wynika z tego, o czym już mówiłam. Jedno dziecko jest wymarzone, wyczekane i zaspokaja naszą ważną potrzebę, a kolejne się pojawia np. w trudnym zawodowo momencie i nieświadomie mamy do niego dużo pretensji. Albo przypomina nam ukochanego brata, siostrę czy mamę.

Może nam też przypominać nas samych.

No właśnie. Będzie nam do niego bliżej, jeśli ma te cechy czy zdolności, które w sobie lubimy, gorzej, jeśli ma te, którymi gardzimy, których się wstydzimy. Jeśli nie udało nam się ich w sobie zmienić, to możemy mieć potrzebę, żeby je zmienić w dziecku, nie biorąc pod uwagę tego, że ono jest już kimś innym, że wzrasta w innych warunkach.

W takich sytuacjach widzimy nie to dziecko, tylko siebie w nim?

Tak. Niewidzenie dziecka w jego złożoności i odrębności to, niestety, częsta przypadłość.

Dzieci czują, że są nierówno traktowane?

Czują. Nie rozumieją tego i wszystko biorą do siebie. Na tej podstawie, między innymi, kształtuje się ich osobowość.

Jak powinni się zachować rodzice, którzy przyznają sami przed sobą, że to nieprawda, iż kochają wszystkie dzieci “tak samo”?

Nie wyobrażam sobie, żeby mogli to powiedzieć otwarcie. To, co mogą zrobić, to nie negować subiektywnego doświadczenia dziecka, które mówi: “Ale ty mnie kochasz mniej”. I zamiast odpowiedzieć: “Co ty mówisz, to nieprawda!”, mogą powiedzieć: “Przykro mi, że tak czujesz. Bardzo się staram, ale widocznie nie wychodzi mi to tak, żebyś to czuł”. To ma wtedy podwójną funkcję. Po pierwsze, dziecko ma potwierdzenie, że to, co czuje, nie jest “z kosmosu”, po drugie, że matka nie mówi, że ona się stara, a dziecko tego nie docenia.

I to sprawi, że dziecko poczuje się jakoś lepiej?

Przynajmniej nikt nie robi z niego wariata! To jest kolosalna różnica.

Ale zdarzają się sytuacje, że poczucie bycia mniej kochanym jest czyjąś narracją na ten temat. Przypominam sobie pewien przykład z książki Richardsonów, psychologów, “Najstarsze, średnie, najmłodsze. Jak kolejność narodzin wpływa na twój charakter”. Starszy z dwóch braci jest w roli tego odpowiedzialnego, który spełnia oczekiwania rodziców. Kiedy ma osiem lat, zostaje oddany do szkoły z internatem. Mimo że bardzo tęskni, nie skarży się. Potem jego brat zostaje oddany do tej samej szkoły, ale od razu podnosi larum, żeby go stamtąd zabrać, że nie wytrzyma. I rodzice go zabierają. Kiedy po latach dochodzi do konfrontacji starszego syna z rodzicami, podczas której on zarzuca im, że zawsze kochali młodszego brata bardziej i okazywali mu więcej troski, rodzice są zaskoczeni.

Zaskoczeni?

Bo oni zawsze uważali, że ten starszy syn jest wspaniały. Grzeczny, ułożony, nie sprawia kłopotów w przeciwieństwie do młodszego. Nie przyszło im do głowy, że tęskni i marzy o tym, żeby rodzice jego też zabrali ze szkoły, bo on nigdy o tym nawet nie pisnął!

Myślał, że to wiedzą i nic z tym nie robią?

Często jest tak, że najstarsze dziecko ma przekonanie, że rodzice wiedzą, czego ono potrzebuje. To młodsze rodzeństwo musi sobie różne rzeczy wywalczyć krzykiem, płaczem, a starszy myśli, że mama wie, bo przecież długo zgadywała, kiedy pierś mu podać, kiedy nauczyć jeść łyżeczką. W efekcie to najstarsze dziecko nie ma takiego doświadczenia, że jak czegoś chce, to musi to wykrzyczeć.

Podróż z tatą: Ojciec nauczył mnie, żeby słabości traktować jako swój zasób. Boisz się czegoś? To może być twoja siła

Podobnie się dzieje w rodzinach, w których jedno z dzieci jest chore. Można powiedzieć, że rodzice mniej kochają pozostałe, bo w pewnym sensie mniej się o nie troszczą, mniej poświęcają im czasu, a jeszcze bywa, że angażują je do opieki nad chorym rodzeństwem. A z drugiej strony choroba uruchamia w rodzicach, częściej w matkach, rodzaj lęku i troski, że trzeba być bardzo uważnym, żeby zobaczyć, czy nie robi się tego przypadkiem kosztem innych dzieci.

Zdarza się, że w rodzinie jedno dziecko pełni funkcję kozła ofiarnego. Czemu to służy?

Świadomie i z premedytacją tak się traktuje dzieci w nielicznych, bardzo zaburzonych rodzinach. Zwykle ten proces przebiega nieświadomie. Takie dziecko może służyć np. do tego, żeby reszta rodziny miała dobre samopoczucie. Ten “zły” jest wtedy kontenerem na te negatywne uczucia, których reszta w sobie nie toleruje i o których w tej rodzinie się nie mówi, żeby wszyscy mieli poczucie, że jest idealna.

Wszyscy poza kozłem ofiarnym

“Bo z nim to same problemy”, prawda? “On zawsze widzi dziurę w całym”, “Zawsze się buntuje”, “Nie może się dostosować”. Rodzice od dziecka przyklejają dzieciom łatki. Nie tylko negatywne - “leń”, “nieuk”. Pozytywne też - “zdolna”, “rozsądna”. Tak jest im łatwiej, nie muszą się mierzyć ze złożonością dziecka. Dla kozła ofiarnego to etykietowanie jest szczególnie przykre i zwykle ciągnie się do dorosłości, i potem mamy “wujka nieudacznika”, “ciotkę lafiryndę” albo “kuzynkę alkoholiczkę”.

Zdarza się, że rodzeństwo uczestniczy w tym chórze, zamiast wyciągnąć rękę do brata czy siostry.

Bo przyjmują narrację rodziców. Nie rozumieją, dlaczego ten nastolatek czy młody dorosły zaczął pić, rzucił szkołę albo wdał się w złe towarzystwo. A zrobił tak, bo jakie miał wyjście, skoro wszyscy mu mówili, że jest czarną owcą? To działa jak samospełniająca się przepowiednia. Tylko nikt się nie zastanawia, dlaczego on takie miejsce zajął w rodzinie. A może przypominał matce lub ojcu kogoś z ich rodzin, kto był tym “złym”, i musiał w tę rolę wejść?

Jest szansa, żeby kozioł ofiarny wyszedł z tej roli? Odbudował relację z rodzeństwem na nowych zasadach?

Przede wszystkim ważne jest, żeby nie przekazywał tego dalej - swoim dzieciom. Ale jak już będzie świadomy roli, którą odegrał w rodzinie, to jest szansa, że sam nie będzie się czuł z tego powodu gorszy i nie będzie uważał za gorsze swojego dziecka, które jest do niego podobne.

Może też spróbować namówić swoje dorosłe rodzeństwo na warsztat albo spotkanie u terapeuty, już bez rodziców, żeby sobie o tym opowiedzieć. Jeśli jest wola z drugiej strony.

A jeśli nie ma?

To trzeba się pogodzić ze stratą i przynajmniej na tym etapie życia uznać, że nie ma się rodzeństwa. Ale prędzej czy później to się zmieni, bo rodzina nie uniesie poczucia winy.

Jakiego poczucia winy? Przecież oni nie czują się winni.

Jeszcze nie. Ale to nie znaczy, że ono nie krąży po rodzinie i np. któreś z dzieci tej “idealnej” siostry czy brata nie będzie za to płacić. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że oni będą popełniać te same błędy wobec swoich dzieci, a one w rezultacie zaczną przypominać “wujka nieudacznika” czy “ciotkę lafiryndę”. I tu się pojawia miejsce na ponowne nawiązanie więzi ze “skozłowanym” bratem lub siostrą, którzy mogą pomóc w zrozumieniu, co takiego się wydarzyło, że bratanek albo siostrzenica powielają ten schemat. Jakie błędy popełnili ich rodzice?

Co, jeśli kontakt z rodzeństwem wykańcza nas emocjonalnie? Jeździć na te niedzielne obiady?

Przede wszystkim należy się przyjrzeć, dlaczego nas to wykańcza. Może dlatego, że nie jest tak, jak my byśmy chcieli? Może denerwuje nas, że druga strona nagina nas do tego, byśmy przyjęli ich wartości, ich styl? A może damy radę się poświęcić, kiedy siostra zaprasza nas na wesele córki i mówi: “Tylko pamiętaj, bez faceta się nie pokazuj”, i pojechać z kolegą, bo zależy nam na tym, żeby w tym ważnym dniu z nią być.

Bardziej chodzi mi o to, że przy okazji takiego spotkania rodzinnego odgrywany jest stary scenariusz - porównywanie, upokarzanie, wykluczanie. Przez rodziców, rodzeństwo.

To trzeba jasno zakomunikować, np.: “Słuchaj, siostra, chętnie bym przyjechała, bo to jest ważny dzień dla ciebie, ale nie przyjadę, bo rodzice będą upokarzać mnie lub mojego męża”. Albo: “Przyjdę, ale tylko do kościoła, na weselu nie będę, bo nie chcę kolejny raz słyszeć, że jestem czarną owcą”.

“Ale co ty opowiadasz, to bzdury”.

" No, przykro mi, że ty tego nie widzisz, ale ja to tak przeżywam. A gdybyś kiedyś miała ochotę porozmawiać o tym, dlaczego się tak czuję albo dlaczego ty uważasz inaczej, to ja chętnie. Ale póki jesteś przekonana, że nie mam racji, to nie ma płaszczyzny do rozmowy".

Jak jeszcze rodzice mogą nieświadomie wpływać na to, że relacja między rodzeństwem się zrywa?

Założenie, że ta relacja ma trwać, jest taką samą iluzją jak to, że każda matka wszystkie dzieci kocha równo. Fajnie by było, gdyby nasi bracia czy siostry mogli się stać naszymi przyjaciółmi, ale nie zawsze tak się dzieje, nie zawsze musi. Z mojego doświadczenia wynika, że większość problemów między rodzeństwem polega na tym, że w domu rodzinnym nie rozmawiało się otwarcie o tym, co się czuje, co myśli. Rozmowy toczyły się na poziomie funkcjonowania: “Podaj sól”, “Odrobiłeś lekcje?”. A nie: “Co cię boli?”, “Czego zazdrościsz siostrze?”, “Co podziwiasz w bracie?”. To prowadzi do tego, że więź jest pozorna, a nawet do tego, że dopiero po latach rodzeństwo zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo było ważne dla brata czy siostry.

Test Marshmallow: Jak pomóc swojemu dziecku osiągnąć sukces?

Myślę teraz o pacjencie, który wychowywał się z młodszym bratem i siostrami. Jako najstarszy był chowany do tego, żeby opiekować się wszystkimi kobietami w domu, bo ojciec pracował za granicą. Młodszy brat nie miał tego obowiązku, mógł być dzieckiem. Oni byli jak z dwóch różnych światów. Nie mieli o czym ze sobą rozmawiać. Kiedy ten młodszy umarł i starszy pojechał w odwiedziny do bratowej, doznał szoku, bo zobaczył, jak ważny był dla swego brata, z którym prawie nie miał kontaktu. Brat pisał o nim w pamiętniku, wycinał fragmenty z gazet o nim. A on nie miał nawet jego zdjęcia. Nic.

Co poczuł?

Straszny żal, że już nic się nie da zmienić, że nie zdawał sobie sprawy, jakie miejsce zajmował w życiu brata, że nie potrafili do siebie dotrzeć

Bo nigdy nie byli do tego zachęcani?

Albo byli, tylko w taki sposób: “Czemu nie dzwonisz do brata? Zadzwoń!”, “Urodziny są, życzenia złóż!”.

Pani mnie pytała o to, co rodzice mogą robić, że ta więź się rwie. Na przykład rozgrywają dzieci: kiedy są u jednego, nadają na drugie i jego rodzinę, a kiedy są u drugiego, robią dokładnie to samo.

Po co?

Z bezmyślności? Z tego, że nie potrafią być w relacjach i to jest ich sposób komunikowania się? Nie wprost, tylko za plecami. To powoduje animozje i niechęć do bycia razem. Czasami dopiero w dorosłości rodzeństwo ma takie szczęście - lub coś się wydarzy - że siada razem do rozmowy i dopiero wtedy się okazuje, że rodzice im obojgu robili dokładnie to samo.

Ewa Chalimoniuk - certyfikowana psychoterapeutka PTP związana z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Specjalizuje się w pracy z osobami po stracie i z doświadczeniem traumy.

Fot. Materiały Prasowe

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Lubisz dużo czytac?

Prenumerata cyfrowa Wyborczej dostępna przez internet, telefon, tablet i na czytniku e-booków, od 19,90 za miesiąc

Wypróbuj teraz za 19,90 zł za miesiąc



Home