
W ramach „Dywidendy jak w banku” oswajam Was z lokowaniem oszczędności poza bankiem. Robię to z czystym sumieniem, bo sam właśnie w ten sposób inwestuję swoje prywatne oszczędności. Dziś kilka cyferek dotyczących mojego portfela oszczędności.
Nie jestem inwestorem, który szaleje na parkietach giełdowych. Nie zabrałem z banku wszystkich swoich pieniędzy. Kupuję akcje, fundusze inwestycyjne, obligacje spółek, by jechać na kilku koniach naraz, nie skupiać wszystkich oszczędności wyłącznie w jednym, bankowym worku.
Ale nigdy nie zabrałbym wszystkich pieniędzy z banku na rynek kapitałowy. Powiem więcej: nie zabrałbym z banku ani grosza, gdybym miał przy duszy niewielkie pieniądze.
Z decyzją o tym, że dla moich oszczędności jest życie „pozabankowe” poczekałem aż ich wartość przekroczy sześciokrotność mojego wynagrodzenia. A rozbudowa mojego portfela inwestycji o elementy „pozabankowe” trwała długo i była stopniowa.
Mój portfel inwestycji ma kilkanaście lat, ale wciąż jest „w budowie”. I pewnie tak już zostanie. Jego dzisiejsze „parametry” nie są więc docelowymi, aczkolwiek jestem z nich w miarę zadowolony. Kilku rzeczy mi brakuje, coś-tam bym zmienił, ale bez szaleństw.
Relacjonując Wam moją strategię celowo nie będę podawał konkretnych nazw banków, emitentów akcji i obligacji, funduszy inwestycyjnych, ani nazw pośredników z których usług korzystam w przypadku niektórych inwestycji. Po pierwsze dlatego, że to, co jest dobre dla mnie nie musi być dobre dla każdego z Was.
Po drugie zapewne nie jestem nieomylny i niektóre z moich inwestycji okażą się pomyłką. Po trzecie zanim komukolwiek zarekomenduję cokolwiek konkretnego, muszę poznać jego sytuację finansową, rodzinną, bilans kosztów i dochodów, cele życiowe, posiadany majątek, podejście do ryzyka…
Najważniejsze jego to, że mój portfel inwestycji jest obliczony na 20-30 lat i jest to horyzont znacząco inny od tego, który ma 90% osób, z którymi rozmawiam. Najczęstsze pytania od Was to te z gatunku „w co włożyć pieniądze, żeby przez rok najwięcej zarobić?”. Sorry, to nie moja bajka.
Podstawą moich inwestycji długoterminowych są depozyty bankowe, konta oszczędnościowe, fundusze rynku pieniężnego oraz obligacje rządowe – udział tych elementów w moim portfelu inwestycji wynosi dziś 30%. Depozyty mam w kilku bankach (nie ze względu na jakieś niebotyczne kwoty, głównie z powodu zasady, że nie trzymam w jednym miejscu więcej, niż 5% pieniędzy) i stale męczą mnie wyrzuty sumienia, że żongluję nimi ze zbyt małą intensywnością.
Bo pieniądz ulokowany w banku najlepiej pracuje jeśli się go przenosi, mniej więcej co trzy miesiące, do nowego banku. Wtedy da się z niego wycisnąć 2,2-2,5% w skali roku. Jeśli się nie żongluje – to 1-2% (bliżej tej niższej granicy). Tak głupio ukształtowały się strategie banków, że wolą więcej płacić za odbijanie klientów konkurencji, niż dbanie o tych, których już mają i którzy mogliby przynieść im jakieś nowe oszczędności.
Jeśli chodzi o obligacje, to stawiam na 10-letnie, ze względu na stosunkowo najwyższe oprocentowanie (kupowałem jeszcze w czasach, kiedy marże oferowane przez Ministerstwo Finansów były wyższe, niż dziś).
Kolejne 34% mam ulokowane na rynku kapitałowym, ale w instrumenty o teoretycznie ograniczonym ryzyku. „Teoretycznie”, bo np. w przypadku obligacji korporacyjnych znacznie łatwiej stracić wszystkie pieniądze, niż kupując akcje. Ale formalnie obligacje emitowane przez firmy są zaliczane do inwestycji o niewielkim ryzyku.
Mam obligacje korporacyjne kilku spółek i nie jest to koniec moich apetytów, jednak zasada rozpraszania ryzyka między wiele rodzajów inwestycji nie pozwala mi na razie na ulokowanie pieniędzy w większą liczbę obligacji emitowanych przez spółki.
Oprocentowanie moich obligacji korporacyjnych nie przekracza stawki WIBOR plus 4,5%, co oznacza, że staram się unikać najbardziej ryzykownych obligacji, oferujących znacznie większe zarobki. Kiedyś zdarzyło mi się pójść do „kasyna” i kupić obligacje na 11% rocznie. Liczyłem na to, że w tej piramidzie finansowej będę wśród tych, którzy zdążą wyjść, ale nie zdążyłem. Strata była na szczęście niewielka, bo hazard stosuję na bardzo małą skalę.
W tej jednej trzeciej moich pieniędzy ulokowanych w instrumenty o ograniczonym ryzyko są – poza obligacjami korporacyjnymi także fundusze inwestycyjne lokujące w obligacje ze wszystkich stron świata oraz fundusze tzw. absolutnej stopy zwrotu. Czyli takie, które mają w pierwszej kolejności chronić kapitał, a dopiero jeśli to się uda – część pieniędzy skłonić do zarabiania pieniędzy. Większość z tego typu funduszy oferowanych przez polskie TFI to niewypały, więc te elementy portfela inwestycyjnego urzeźbiłem sobie z dostępnej w Polsce oferty zagranicznych asset managerów.
W portfelu inwestycji o limitowanym ryzyku mam też… polisę inwestycyjną. Ale nie taką, jakie ma większość z nieszczęśników naciągniętych kilka lat temu przez pośredników, bankowców iagentów ubezpieczeniowych, ale taką z bardzo niskimi opłatami manipulacyjnymi. Ten element portfela jest mi potrzebny w celach „spadkowych” – te pieniądze natychmiast trafią do moich spadkobierców, gdyby spadła mi cegła na głowę (nie wchodzą do masy spadkowej i nie podlegają postępowaniu spadkowemu).
Jakieś 25% mojego portfela inwestycji stanowią akcje spółek dywidendowych i fundusze akcji. Przewagę w tym portfelu mają fundusze akcji zagranicznych – nie stawiam więc wyłącznie na polską giełdę. Z kolei część z inwestycji zagranicznych (funduszy akcji globalnych i tych działających na rynkach rozwijających się) stanowią te denominowane w obcych walutach. Chciałbym, żeby było im więcej, ale sami rozumiecie: moje zasady budowania portfela, dywersyfikacji, bla, bla, bla… ;-)).
Mniejszą część portfela inwestycji wysokiego ryzyka stanowią polskie spółki dywidendowe i fundusze polskich akcji (część z nich to „ogólne” fundusze akcji, a część – fundusze akcji małych i średnich spółek). W tej części portfela też czuję niedosyt, uważam że ceny akcji na warszawskiej giełdzie są relatywnie niskiej.
Pozostałe 11% moich inwestycji to te alternatywne – a więc metale szlachetne (w skarbcu firmy zajmującej się przechowywaniem fantów), wino, whisky (np. w piwniczce pod Londynem, do którego niedługo nie dostanę się bez wizy ;-)) i takie tam… przydałyby się jeszcze obrazy, znaczki pocztowe i klasyczne samochody, ale znam się na tym mniej, niż na alko :-)). Gdybym miał nieograniczone zasoby, to pewnie nieco szybciej doważałbym udział złota w portfelu.
Jakiś czas temu zadeklarowałem, że jeśli złoto zjedzie w okolice 1000 „zielonych” za uncję to biorę się do zakupów. Zatrzymało się nieco wyżej i… od tego czasu w ciągu kilku miesięcy dało zarobić 25%. Moja strategia inwestowania – której trzymam się bezwzględnie i konsekwentnie zakłada stopniowe i wolne lokowanie nowych pieniędzy, rozkładanie zakupów w czasie. Uwzględniam w tym miejscu także dochód z wynajmu. I to by było na tyle jeśli chodzi o subiektywny portfel inwestycji ;-).
Jak widzicie daleko mi do inwestora-ryzykanta. Mój portfel stricte finansowy, którego zadaniem jest performować w tempie mniej więcej dwa razy większym, niż depozyt bankowy, to w 30% lokaty teoretycznie bardzo bezpieczne (bank i fundusz pieniężny), w 34% umiarkowanie bezpieczne (obligacje firm, globalne obligacje i fundusze absolute return), a w 36% – potencjalnie ryzykowne (akcje, fundusze akcji, złoto i takie tam).
Przy czym portfel stale rozwija się w takim kierunku, by nieco doważać inwestycje natury akcyjnej i alternatywnej. I taką strategię polecam też Wam – niech procent pieniędzy, które lokujecie poza bankiem rośnie powoli, stopniowo i niech osiągnie wysoki poziom dopiero wtedy, gdy cały portfel będzie już spory. A na koniec należy Wam się słów kilka o tym jak „troszczę” się o mój portfel.
Jeśli chodzi o inwestycje teoretycznie bezpieczne, to przegląd robię raz na pół roku. W przypadku depozytów sprawdzam ich średnią rentowność i porównuję z oprocentowaniem lokat w najlepszych bankach. Jeśli zarabiam mniej, niż połowę tego, co oferują najbardziej agresywni gracze – przenoszę pieniądze tam, gdzie płaci się za nie więcej. Ale temu ruchowi podlega tylko połowa kasy.
Druga połowa pracuje w bankach, które cenię za podejście fair, nawet jeśli nie płacą aktualnie najlepiej. Jeśli chodzi o inwestycje o umiarkowanym i wysokim ryzyku, to przegląd odbywa się mniej więcej raz w roku. Inwestycje, z których jestem niezadowolony trafiają na „listę obserwacyjną”. Dopiero po drugim przeglądzie je skreślam.
Jeden z czytelników zadał mi niedawno pytanie czy stosuję tzw. stop-lossy w przypadku inwestycji w akcje lub fundusze akcji. A więc: czy automatycznie wycofuję się z inwestycji jeśli moja strata przekroczy określony poziom (np. 20%). Standardowo staram się tak lokować oszczędności, żeby nawet „wyparowanie” jakiegoś elementu portfela nie położyło mnie na łopatki.
Po drugie zaś – jak mówi Warren Buffet – cena to cena, ale ja kupuję wartość – staram się wybierać takie inwestycje, które mają w sobie tę wartość. I nawet jeśli ich ceny się mocno wahają, to owa wartość pozwala mi spać spokojnie. Stop-lossy stosuję wtedy, jeśli z jakichś przyczyn muszę zainwestować w jeden instrument pieniądze przekraczające kilka procent mojego portfela inwestycji. Wtedy staram się ograniczać ryzyko zjazdu wartości portfela.
Znacie moje podejście do długoterminowego lokowania oszczędności – nie ma dla nich żadnego bezpiecznego miejsca. Wszędzie – nie wyłączając banku – są narażone na ryzyko. Albo jest to ryzyko spadku do zera wartości nominalnej, albo realnej (np. w banku). Do tego dochodzi druga sprawa: nawet jeśłi dana forma inwestowania generalnie okaże się być wporzo, to ja zawsze mogę mieć pecha i trafić na pośrednika, zarządzającego lub sprzedawcę, który okaże się kanciarzem lub nielotem.
Dlatego zawsze i wszędzie stosuję zasadę, by nie przeznaczać na pojedynczą inwestycję w konkretnym miejscu więcej, niż 5% moich pieniędzy. Wierne stosowanie tej zasady wielokrotnie uratowało mi już życie. Można sobie pozwolić na dowolną ekstrawagancję, łącznie z zainwestowaniem pieniędzy w piramidę finansową, ale tylko pod warunkiem, że jest to nie więcej, niż 5% naszych oszczędności.
Oczywiście: ta zasada zaczyna działać dopiero wtedy, kiedy tych pieniędzy jest więcej, niż przysłowiowe 10.000 zł. Ale nawet mając 40.000 zł warto już podzielić je na kilka części (od 4 do 6).
Generalnie jestem przeciwnikiem skakania z kwiatka na kwiatek. W moim portfelu są inwestycje, które nieprzerwanie pielęgnuję od 10 lat i dłużej. Są to firmy, których jestem fanem, które są „zbyt duże by upaść” (z dnia na dzień ;-)), których biznes jest prosty i zrozumiały i które są liderami w swoich branżach. Ale… czasem trzeba się odkochać i wyjść z inwestycji. W przypadku inwestowania w spółki dywidendowe jest kilka czynników, które powodują, że tracę wiarę w to, że powinienem mieć ich akcje przez kolejne 20 lat. Jakie to przesłanki?
trzy kolejne lata bez dywidendy, spadek przychodów przez dwa kolejne lata, zmiana strategii działania firmy, możliwość, że skończy się rynek dla produktów danej firmy.
Jeśli ziszczą się przynajmniej dwie z tych przesłanek – jest niedobrze. Jeśli trzy – uciekam gdzie pieprz rośnie. Jak widzicie wśród tych przesłanek nie ma spadku kursu, bo on – z mojego punktu widzenia inwestora długoterminowego – nie ma większego znaczenia. Jego spadek może być co najwyżej efektem któregoś z powyższych kłopotów.
Measure Measure